Ta piosenka to tylko jeden z wielu dowodów na to, jak wiele ciekawego dzieje się dziś w trójmiejskiej muzyce. A jeśli o tym zespole nie będzie wkrótce głośno, będzie to widomy znak, że świat nie jest sprawiedliwy.

REKLAMA
Historia jest krótka, a zarazem dość znamienna. Do Gdańska przyjechał kilkanaście miesięcy temu Piotr Pawłowski, muzyk swego czasu bardzo ważnego, dziś jakby - absolutnie niesłusznie - zapomnianego i niewystarczająco docenianego zespołu Made In Poland - pionierów rodzimej sceny zimnofalowej. Przyjechał ze względu na sprawy zawodowe, zupełnie nie związane z muzyką.
Ale przecież kiedy ktoś żyje muzyką, w nowym miejscu od razu zaczyna jej szukać. Tym bardziej, że Pawłowski miał mocny powód, żeby szukać muzycznych kontaktów w Trójmieście - chodziły mu po głowie nowe utwory, które chciał nagrać. Nie trzeba było długo szukać - okazało się, że lokalna scena obfituje w utalentowanych artystów, którzy mają podobny do Pawłowskiego gust i fascynują się podobnym graniem.
Nowa grupa powstała w zasadzie na bazie nie mogącego przebić się do szerszej publiczności tribute bandu amerykańskich klasyków alternatywy, grupy Pixies, a w jej składzie znaleźli się muzycy, znani z takich formacji jak: Kobiety, Kiev Office czy Tymon & The Transistors.
Zamknęli się z Pawłowskim w piwnicy popularnego sopockiego klubu Papryka i tam przez wiele miesięcy pracowali nad swoim materiałem. Wyszli stamtąd w ostatnich dniach ubiegłego roku, żeby uchylić rąbka tajemnicy - zagrać kilka zaledwie utworów na festiwalu Metropolia Jest Okey. I od razu było wiadomo, że to będzie duża rzecz. Kilka tygodni później, podczas pierwszego oficjalnego, pełnowymiarowego koncertu, w gdyńskim klubie Desdemona, okazało się, że to nie tylko duża rzecz, ale że to prawdziwe objawienie. Przebojowe kompozycje, oryginalny pomysł na brzmienie, twórcze nawiązania do klasyki alternatywnego grania, charyzmatyczny i żywiołowy wokalista - czego chcieć więcej.

Na razie zespół, który za swą nazwę wziął jedno z najbardziej charakterystycznych, intrygujących i fascynujących miejsc w Trójmieście - stocznię, opublikował singla, premiera całej płyty zaplanowana została - z taką nazwą nie mogło być oczywiście inaczej - na 31 sierpnia. Album ukaże się nakładem trójmiejskiej wytwórni niezależnej Nasiono Records.
I dla mnie nie jest to tylko znakomita piosenka, idealnie trafiająca w moje odkurzane skrupulatnie od lat muzyczne fascynacje. To swego rodzaju manifest tego, czym jest dziś trójmiejska scena muzyczna: bogata, różnorodna, twórcza, patrząca w przyszłość, nie zapominająca jednak o tradycji. W tych krótkich momentach, kiedy przychodzi mi ostatnio do głowy myśl, że być może dla swego dobra powinienem stąd uciekać jak najdalej, świadomość tego, ile ciekawego dzieje się dziś w tym mieście i ile ważnych spraw musiałbym w nim zostawić, każe mi się nad tym bardzo poważnie zastanowić.