Przy piosenkach tego zespołu nie da się nie płakać jak dziecko.
REKLAMA
Współczesna szkocka scena alternatywna jest skandalicznie niedoceniona. I to zarówno w samej Wielkiej Brytanii, jak i poza nią. Jedyne rejony, gdzie szanuje się – i to szanuje coraz bardziej – to, co się tam dzieje, to Nowy Jork i Islandia. Widać w tych miejscach, uważanych przecież powszechnie za raczej radosne, najłatwiej poczuć melancholię, w której szkoccy muzycy zdają się być niedoścignionymi mistrzami.
I wcale nie chodzi tu o takie zespoły jak Franz Ferdinand, bo to przecież zupełnie inna bajka, czy może Mogwai, bo tej grupie akurat udało się – na szczęście – przebić do szerszego grona alternatywnej publiczności. Chodzi tu raczej o połączone więzami towarzyskimi, a z pewnością także bardzo podobną wrażliwością swych członków zespoły takie jak Frightened Rabbit, We Were Promised Jetpacks czy właśnie The Twilight Sad.
Najciekawszy, najważniejszy, tworzący najbardziej poruszającą muzykę od zawsze był dla mnie ten ostatni. Kolejne płyty tego zespołu były soundtrackiem do większości momentów w ostatnich latach mojego życia, w których nicość zwyciężała walkowerem wszystkie pozytywne emocje. Kilka wypełnionych nieprzezwyciężalnym smutkiem i skradającą się cicho desperacją, absolutnie genialnych, koncertów tego zespołu, które udało mi się zobaczyć, były przeżyciem, do dziś potrafiącym przyśnić mi się w samym środku najbardziej czarnej nocy.
Szkoci przypomnieli o sobie właśnie kolejnym, trzecim już pełnowymiarowym albumem w swej dyskografii, płytą zatytułowaną „No One Can Naver Know”.
I choć jest ona mocno odmienna od swych poprzedniczek, nadal zachwyca
i poraża jednocześnie, nadal idealnie współgra z tym, co dzieje się we mnie, kiedy jest naprawdę źle. A ten utwór, najbardziej przebojowy, najmocniejszy, najbrudniejszy ze wszystkich w tym zestawie, robi ogromne wrażenie.
I choć jest ona mocno odmienna od swych poprzedniczek, nadal zachwyca
i poraża jednocześnie, nadal idealnie współgra z tym, co dzieje się we mnie, kiedy jest naprawdę źle. A ten utwór, najbardziej przebojowy, najmocniejszy, najbrudniejszy ze wszystkich w tym zestawie, robi ogromne wrażenie.
Nie mam najmniejszych wątpliwości – gdyby Ian Curtis wciąż tu był, nagrywałby właśnie takie piosenki. Albo zaśpiewałby tą razem ze swym nieślubnym dzieckiem, Jamesem Grahamem, człowiekiem, który swym głosem potrafi bardzo skutecznie wyciskać łzy.
