I nawet jeśli reszta tej płyty nie będzie dorastać do poziomu tego utworu, już sama ta przepięknie smutna piosenka o wielkiej miłości będzie wystarczającym powodem, żeby się nią zainteresować.
REKLAMA
Nie mogłem się doczekać tego singla, nie mogłem się doczekać, żeby tu o nim napisać. Nie mogłem się doczekać już od momentu, kiedy usłyszałem go po raz pierwszy, kilka tygodni temu, w wersji koncertowej – zespół zaczynał od tej piosenki swoje tegoroczne występy festiwalowe. Spośród nowych utworów, które angielskie trio prezentowało na żywo, utworów, które mają się znaleźć na jego najnowszej płycie, właśnie ten wydał mi się absolutnie najpiękniejszy, najsmutniejszy i najbardziej rozdzierający serce.
Tak, wiem zachowuję się wobec tej formacji jak całkowicie zaślepiony neofita. I to nie przypadek, bo trochę rzeczywiście jestem neofitą. Owszem, słuchałem oczywiście jej pierwszej płyty, wtedy, kiedy się ukazała, ale nie zrobiła na mnie wówczas żadnego wrażenia. Z dwóch powodów. Pierwszy jest absolutnie idiotyczny, ale często na mnie działa: bo wokół tej grupy błyskawicznie zrobił się ogromny szum, straszna moda, potworny hype. I to hype w najgorszym stylu, takim, jaki potrafi wywołać tylko prawdziwy mistrz w sztuce wywoływania hype’u w najgorszym stylu, angielski tygodnik muzyczny „NME”.
Drugi jest bardziej zrozumiały. Bo to arcysmutna płyta. A ja wtedy przeżywałem najbardziej beztroskie, a niedługo potem - najszczęśliwsze chwile w swoim życiu i smutne, a zwłaszcza arcysmutne płyty były ostatnią rzeczą, która była mi potrzebna. Ale dziś, kiedy wszystko się zmieniło, nagle arcysmutne płyty okazały się dokładnie tym, czego chcę słuchać.
Właściwie jestem w stanie słuchać tylko arcysmutnych płyt. I wtedy debiutancki album grupy okazał się dla mnie niemal idealny, a letnie koncerty zespołu – jednymi z najbardziej oczekiwanych przeze mnie momentów podczas festiwali, na których byłem. I już nie mogę się doczekać kolejnej okazji, żeby zobaczyć zespół na scenie – już za kilka dni na festiwalu Sziget w Budapeszcie. Nawet mimo tego, że coraz bardziej uświadamiałem sobie, że te wszystkie pięknie liryczne piosenki o miłości wcale nie są o mnie, wcale już nie są o nas.
Najnowsza płyta, album „Coexist”, którego premiera zapowiadana jest oficjalnie na 10 września, ma być za to płytą o tym, kiedy z miłością coś jest nie tak i o tym, kiedy ma się złamane serce. Choć więc trochę się jej boję pod względem muzycznym – bo zapowiada się, że będzie o wiele bardziej klubowo-taneczna niż gitarowo-wyciszona – nie mogę się jej doczekać. A pierwszy singel tylko pobudził mój apetyt. Bo przecież „to się za szybko skończyło, jak sny aniołów”, bo przecież ciągle, mimo wszystko, mało co jest tak silne jak to, „jak bardzo cię kocham”, chyba tylko to, jak bardzo mocno wierzę, że to jeszcze wróci.
