Gęste od bólu gitarowe ścieżki, szarpiące najbardziej ukrytymi emocjami melodie, neurotyczny głos wokalisty, opowiadającego z charakterystycznym akcentem rozdzierająco smutne historie z traumatycznego dzieciństwa - to wszystko sprawia, że w niedzielę wieczorem trzeba być w Katowicach na koncercie tej grupy.
REKLAMA
Musiał się wreszcie zdarzyć moment, że napiszę na tym blogu o jakimś zespole po raz drugi. Tym razem nie było innego wyjścia. Tym razem sytuacja jest absolutnie wyjątkowa. Oto bowiem już za kilkanaście godzin nastąpi coś, na co czekałem bardzo długo: jeden z moich ulubionych zespołów wszechczasów wystąpi wreszcie w Polsce. I wszystko wskazuje na to, że uda mi się być pod sceną i zobaczyć to na własne oczy.
Zawsze miałem szczególną predylekcję do zespołów smutnych, a zwłaszcza porażająco smutnych, na tą szkocką grupę zwróciłem więc uwagę gdy tylko światło dzienne ujrzała jej debiutancka epka (z której zresztą pochodzi ten utwór): niespełna pół godziny muzyki, której słuchanie było dla mnie doświadczeniem niemal skrajnym. To było rozrywanie wszystkich świeżych blizn, to było szarpanie najgłębiej ukrytymi emocjami, to było wyrywanie gdzieś z najdalszych zakamarków świadomości wszystkich wstydliwych tajemnic, to były bolesne emocjonalne ciosy prosto w twarz.
Niedługo potem miałem okazję zobaczyć ten zespół na żywo po raz pierwszy, w okolicznościach zgoła niesprzyjających tego typu muzyce: na bardzo radosnym, letnim, plażowym festiwalu na Coney Island - symbolu turystycznej tandety, pokrytej odpadająca coraz bardziej farbą nostalgicznej pamiątce z zapomnianej już prawie zupełnie chwalebnej przeszłości nadoceanicznej części Brooklynu. Zespół grał niemal w samo południe, w nieludzkim upale, w radosnym słońcu, próbującym za wszelką cenę rozjaśnić mrok z samej nazwy grupy i z każdego z jej utworów. Nie udało się to oczywiście za nic - James Graham, wokalista grupy, stojący z zamkniętymi oczami na środku sceny albo miotający się w jakimś zupełnie niekontrolowanym neurotycznym tańcu, unieważniał słońce, budy z goframi, grube dzieci wyrzucane przez fale oceanu na brzeg, jak popełniające samobójstwo z nieznanych przyczyn wieloryby, całą tą wszechobecną w tym miejscu tandetę, całe kolorowe życie, które toczyło się dookoła i próbowało się za wszelką cenę wcisnąć w każdą szparę i każdy kąt. I choć po Szkotach na festiwalowej scenie stanęło jeszcze mnóstwo innych zespołów, dla mnie ten festiwal mógł się równie dobrze skończyć z ostatnią, zagraną przez nich nutą, równie dobrze mógł się dla mnie właściwie skończyć wtedy cały świat.
Kilka miesięcy później zespół o mały włos nie zagrałby w moim mieście: moja bardzo dobra przyjaciółka, a zarazem organizatorka wielu dużych imprez w Trójmieście, równie zafascynowana jak ja straceńczą, desperacką muzyką grupy, postanowiła uczynić jej występ ozdobą jednego z festiwali, które organizowała. Nic z tego nie wyszło: w ostatniej chwili zespół odwołał swój przyjazd. Potem jeszcze raz udało mi się go nie zobaczyć, choć znów było blisko - wybrałem się na koncert Szkotów do Drezna, ale tam też nie dotarli, odwołując całą europejską trasę. Na szczęście spotkałem się z nimi ponownie w Nowym Jorku, gdzie zagrali tym razem bardzo kameralny, równie mocny emocjonalnie, co pierwszy, koncert w klubie Mercury Lounge.
W niedzielę wreszcie zobaczę ich w Polsce, na katowickim Off Festivalu. I kiedy ujrzałem ich nazwę w zestawie wykonawców tej imprezy, wiedziałem, że muszę na niej być, cokolwiek się zdarzy. I to nie tylko dlatego, że mam teraz idealny czas na słuchanie wszystkich najsmutniejszych zespołów, jakie znam.
