Ta piosenka jest przykładem znakomitego kontynuowania tradycji tworzenia muzycznego podkładu pod „taniec ze łzami w oczach”.
REKLAMA
Dziś czas na coś z zupełnie innej beczki. Choć oczywiście to zupełnie inna beczka tylko z pozoru: świetny przykład na to, że wydająca się zupełnie radosną i beztroską muzyka, może mieć w sobie równie spore pokłady smutku jak wyciszone, akustyczne ballady, śpiewane delikatnym głosem, albo wręcz wypowiadane niemal niesłyszalnym szeptem. Bo to przecież z pozoru radosna, taneczna piosenka, która idealnie sprawdziłaby się i zapewne – sprawdza się – na klubowych parkietach.
A jednocześnie to utwór, który ma w sobie spore pokłady niewysłowionego albo przynajmniej nie do końca, nie w pełni wyraźnie, nie do końca wprost wyrażonego smutku i melancholii.
Citiznes! to pięciu młodych ludzi z Londynu, którzy mieli szczęście błyskawicznie wskoczyć na drogę, która w przyśpieszonym tempie wynosi zespoły do sławy znacznie przekraczającej tę, którą zyskuje się grając miesiącami koncerty dla znajomych i znajomych znajomych w lokalnym pubie. Wszystko, jak zawsze, za sprawą przypadku.
I internetu. I oczywiście - talentu. Wystarczyło kilka utworów umieszczonych w sieci.
Wystarczyło, żeby usłyszeli je ludzie decydujący o polityce wydawniczej kultowej już dziś wytwórni Kitsune. To właśnie ona wydaje co kilka miesięcy kultowe już dziś kompilacje, na które trafiają najnowsze nagrania młodych, nieznanych często zupełnie zespołów z całego świata. Te płyty bez dwóch zdań wyznaczają dziś nowe ścieżki, trendy i tendencje dla alternatywnej sceny tanecznej. W ten sposób zaistniało już mnóstwo młodych zespołów, które w krótkim czasie z nieznanych zupełnie poza własnym środowiskiem formacji awansowały do grona zespołów grających z powodzeniem koncerty w całym słuchającym takiej muzyki świecie – najlepszym przykładem jest choćby irlandzkie trio Two Door Cinema Club. Citizens! ze swoją chwytliwą muzyką, zawrotnie przebojową płytą i błogosławieństwem Kitsune też mają na to szanse – właśnie zaczynają grać koncerty na największych letnich festiwalach: właśnie miałem okazję obejrzeć ich znakomity występ na festiwalu Sziget w Budapeszcie.
Ta piosenka pochodzi oczywiście z debiutanckiego albumu grupy, płyty zatytułowanej bardzo adekwatnie, jak na debiut zespołu, o którym wcześniej prawie nikt nie miał okazji usłyszeć: „Here We Are” i jest znakomitym przykładem tego, co proponuje na niej zespół: z pozoru zupełnie beztroskiej, może nawet lekko banalnej alternatywnej muzyki tanecznej z drugim dnem. Muzyki, w której wyraźnie słychać nawiązania do takich klasyków tanecznego, ale jednak nie do końca radosnego grania jak np. zespół Ultravox.
Bo przecież to piosenka przy której, owszem, można tańczyć, ale nie sposób nie zauważyć przy tym, że chodzi w niej przecież tak naprawdę o coś zupełnie innego niż o zabawę, w której można się całkiem beztrosko zapomnieć. Bo to przecież w gruncie rzeczy bardzo smutna piosenka o tym, że kiedy się do końca do siebie nie pasuje, miodowy miesiąc szybko się kończy, zostaje tylko codzienność pozbawiona jakiegokolwiek czaru i uroku i że to wszystko musi się wcześniej czy później rozejść, rozpaść, połamać i skończyć. I wtedy można sobie co najwyżej potańczyć. Ze łzami w oczach oczywiście.
