Nic nie robi takiego wrażenia w piosenkach jak to, że ich autor zdaje się je pisać krwią zaczerpniętą ze swego rozerwanego na strzępy serca. Zwłaszcza, kiedy słucha się ich z sercem równie mocno porozrywanym. I tak jest właśnie w tym przypadku.
REKLAMA
Naprawdę nie wiem, od czego zacząć ten tekst, bo musi się w nim przecież zmieścić tyle ważnych spraw. Może od tego, kiedy pierwszy raz usłyszałem ten zespół, nawet jeśli nie pamiętam dokładnie tego momentu, nawet jeśli nie pamiętam kto mi go polecił. Może więc raczej od tego, kiedy pierwszy raz zobaczyłem czwórkę Amerykanów z New Jersey na scenie.
Tym bardziej, że to był prawdopodobnie jeden z najważniejszych momentów w ich życiu. Grali na Peel Stage w Glastonbury w 2009 roku, tym samym, w którym jednym z festiwalowych headlinerów był ich chyba najsłynniejszy krajan z New Jersey, Bruce Springsteen.
Tym bardziej, że to był prawdopodobnie jeden z najważniejszych momentów w ich życiu. Grali na Peel Stage w Glastonbury w 2009 roku, tym samym, w którym jednym z festiwalowych headlinerów był ich chyba najsłynniejszy krajan z New Jersey, Bruce Springsteen.
I to właśnie on pojawił się całkiem nieoczekiwanie na scenie, żeby wraz z młodszymi od siebie o dwie generacje muzykami wykonać jeden z ich największych przebojów, piosenkę „’59 Sound”. Lider The Gaslight Anthem miał łzy w oczach. I przecież zupełnie nie trudno to zrozumieć. Nie tylko dlatego, że ktoś kiedyś bardzo trafnie opisał muzykę zespołu jako spotkanie Springsteena z The Cure. I nie mogę się już doczekać kolejnej okazji, żeby zobaczyć ten zespół na scenie – jeśli wszystko dobrze pójdzie uda mi się to już w najbliższą niedzielę, na festiwalu Highfield pod Lipskiem.
A może ten tekst powinien się zacząć od tego, że Amerykanie niedawno wydali swoją najnowszą płytę, album zatytułowany „Handwritten”, płytę znakomitą, szczerą do bólu, piękną, smutną, przebojową, porywającą – ta lista przymiotników mogłaby się ciągnąć jeszcze długo. Płytę, na której jako jeden z trzech elektryzujących utworów bonusowych (dwie pozostałe to covery: nieco zaskakujący, acz genialny, Nirvany i zupełnie nie zaskakujący w przypadku zespołu, którego wokalista w jednej ze swych starszych piosenek deklaruje, że „wciąż kocha piosenki Toma Petty’ego”, utwór Toma Petty’ego oczywiście) znalazła się właśnie ta kompozycja, wpadające w ucho już od pierwszego przesłuchania wyznanie miłości prawie niemożliwej, ale jednak prawdziwej, takiej, która zaczyna się „gdzieś między igłą a winylem, w tekście mojej ulubionej piosenki”.
Wyznanie dające do myślenia wwiercający się w głowę drażniącymi pytaniami: „Skąd masz te blizny? Ile smutku nosisz w sercu?
Czy wystarczająco dużo, żeby mogło się złamać?”
A może ten tekst powinien się zacząć od tego, że na tym albumie jest co najmniej kilkanaście równie znakomitych utworów i naprawdę nie wiedziałem, który tu umieścić. I naprawdę wydaje mi się, że prawie każdy jest o moim życiu. Bo może przecież lepiej byłoby podać link do singlowego „45”, o miłości, która odeszła i o tym momencie, w którym „wszyscy przyjaciele mówią: hej, odwróć płytę, hej, spotkamy się na stronie b, pozwól jej odejść, pozwól komuś innemu leżeć u jej stóp”. Albo może do „Mulholland Drive”, jeszcze jednej piosenki o uczuciach, które się rozpadły, ze słowami „po prostu umrę, kiedy zabierzesz mi swoją miłość”. A może do dynamicznego „Howl”, o tym, że wszystko się zmienia, kiedy stajemy się dorośli. A może raczej do „Desire” z przesłaniem, które prostsze już być nie może i słowami, że „oddałbym wszystko za dotyk twojego ciała”.
Może do lirycznej, akustycznej ballady o buńczucznym tytule „National Anthem”, w której wokalista śpiewa coś, co sam sobie cały czas powtarzam: „kochanie, to jeszcze nie koniec”.
A może do którejkolwiek innej ze znakomitych piosenek na tej płycie?
Może do lirycznej, akustycznej ballady o buńczucznym tytule „National Anthem”, w której wokalista śpiewa coś, co sam sobie cały czas powtarzam: „kochanie, to jeszcze nie koniec”.
A może do którejkolwiek innej ze znakomitych piosenek na tej płycie?
A może ten tekst powinien zacząć się od tego, jak bardzo twórczość tej grupy działa na emocje, jak bardzo uwodzi i oczarowuje? Od tego, jak wielu moich przyjaciół czekało na tę płytę odliczając dni i godziny do premiery, uwielbiając ten zespół tak mocno, jak ja. Od tego, jak wiele znaczy w takich sytuacjach to, że wokalista grupy w każdym swoim tekście rozrywa wszystkie swoje blizny, wyszarpuje ze swego wnętrza wszystkie emocje, które próbują się tam ukryć, wykłada na dłoni swoje drżące serce. Wokół tego nie da się przejść obojętnie.
A może ten tekst powinien się zacząć od tego, co usłyszałem kiedyś, ale wciąż nie mogę w to do końca uwierzyć: że z ludźmi jest jak z płytami – jeśli nie spodobają się od pierwszego przesłuchania, żadne następne w niczym nie może już poprawić sytuacji. Nie mogę uwierzyć, bo ta płyta jest doskonałym przykładem na to, że tak nie jest, że za każdym następnym przesłuchaniem odkrywa się na niej kolejne skarby i za każdym następnym przesłuchaniem przekonuję się do niej coraz bardziej i bardziej ją kocham. Przykładem równie doskonałym jak to, że osoba, od której to usłyszałem, nagle tak bardzo pokochała płytę, którą wcześniej odłożyła na półkę z napisem: „miłe, ale nic ważnego”.
Nie wiem, jak powinien zacząć się ten tekst, ale wiem, jak powinien się skończyć. Na SMS-ie, który dostałem niedawno od kogoś bardzo dla mnie ważnego, równie mocno uwielbiającego ten zespół, jak ja: „słucham Gaslightów i puszczając osiemnasty raz >>Too Much Blood
