Ta piosenka, cała ta płyta, jest dla mnie chyba głównie o tym, jak żyć, żeby nie mieć wyrzutów sumienia i żeby nie trzeba było przepraszać. A tego nie umiem.

REKLAMA
Ta grupa to moje całkiem nowe odkrycie. To jeden z tych zespołów, które o mały włos przegapiłbym kompletnie, z tysiąca kompletnie bezsensownych i absurdalnych powodów.
Na szczęście, udało mi się jednak na niego trafić, trochę przez przypadek, trochę przez to, że mało co jest jeszcze w stanie wywołać we mnie jakiekolwiek dobre i mocne emocje tak bardzo, jak właśnie znajdowanie zespołów, o których nigdy wcześniej nie słyszałem, a które zdają się śpiewać piosenki o moim życiu. I to jest właśnie taki zespół.
I nie mogę się nacieszyć tym, że już w niedzielę będę miał okazję zobaczyć go na żywo na koncercie, podczas festiwalu Reading.
Na dobry początek zachwycił mnie już samą nazwą: nietypową, dziwną, a jednocześnie – bardzo mocno dającą do myślenia. Zastanawiałem się od kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy, czy też tak potrafię, czy też jestem do tego zdolny: nie przepraszać, nie czuć przykrości, nie mieć wyrzutów sumienia. I do teraz tego nie wiem.
Zachwycił mnie swoimi wczesnymi nagraniami, tymi sprzed kilku lat, kiedy w składzie tego młodego londyńskiego zespołu było tylko dwóch muzyków, nagrywających proste, ale mocno szarpiące serce akustyczne, folkowo-punkowe piosenki, jako żywo przypominające mi najstarsze dokonania formacji Against Me! – jednego z moich ulubionych punkowych zespołów wszechczasów.
Zachwycił mnie wreszcie swoją wydaną bardzo niedawno debiutancką płytą, zatytułowaną „London”, płytą nagraną już w pełnym, uzupełnionym o sekcję rytmiczną składzie, płytą zawierającą muzykę o wiele mocniejszą pod względem brzmienia i pod względem emocji, które skutecznie, czasem wręcz boleśnie, szarpie w słuchaczu.
W poruszających piosenkach na tej płycie znaleźć można punkową energię, indie-folkowe pomysły kompozytorskie, emocjonalną żarliwość wczesnego emo-core’a i niemal dziecięcą naiwność znaną z płyt zespołów ze sceny z północnej Anglii sprzed prawie dekady, takich jak np. Forward Russia czy Kubichek!

Kiedy posłuchać uważniej tych piosenek układają się w bardzo osobistą, niemal intymną, a przez to przemawiającą bardzo mocno do wyobraźni i wrażliwości, opowieść o zwykłym życiu, w którym tak łatwo o pomyłkę, a tak trudno o naukę. „Największy błąd, który możesz zrobić to bać się popełniać błędy” – śpiewają wokaliści zespołu w piosence „Sat In Vicky Park”. I boję się z nimi zgodzić, bo czy po tylu błędach, które się zrobiło, nie można by się wreszcie nauczyć ich nie popełniać, żeby w ogóle nie trzeba się było ich bać? Kilka minut później, w piosence „Clapton Pond” śpiewają: „paranoja i lęk nie są po mojej stronie i nigdy nie były”. I czuję, że to jest jeden z tych błędów, które cały czas popełniam. W „60 Miles”: „narysować linię pod całym tym zgorzknieniem, to jak pogodzić się z tym wszystkim i zapomnieć na zawsze”.
Tego nie potrafię na pewno, ile razy zabieram się za rysowanie tej linii, popadam w paranoję, łapie mnie paraliżujący lęk i nic nie mogę zrobić, choć wiem, jak wielki to błąd. W „Concrete Feet” padają z kolei słowa: „każdy podejmuje decyzje, których zdarza mu się potem żałować, każdy wydaje sądy oparte na planach, których potem nie udaje się zrealizować”, a zaraz potem, w „Joiners & Windmills”: „czasem wszystko, czego potrzeba, to uważnie słuchać co mówisz, i starać się to usłyszeć, starać się to poczuć”.
I przecież naprawdę się staram, żeby potem nie żałować.
I wreszcie na sam koniec tej płyty, po piosenkach składających się z dobrych rad i podpowiedzi, pojawia się taka, która może zaskakiwać. Bo nie ma w niej żadnych odpowiedzi, za to cała wypełniona jest żalem, wypełniona jest wyrzutami sumienia, wypełniona jest prośbą, błaganiem o jeszcze jedną szansę, o to, żeby można było spróbować naprawić błędy i zacząć wszystko od nowa: „wezmę na siebie cały ciężar, poniosę cię, nawet jeśli miałbym połamać sobie ręce i nogi, nawet jeśli miałbym zgiąć plecy, a dłonie miały mi drżeć, poniosę cię, do tego miejsca daleko stąd, które już dawno zniknęło za horyzontem”.
Poniosę cię. I postaram się już nigdy nie mieć cię za co przepraszać.