To piosenka o tym, kiedy czeka się na ten dzień, od którego wszystko ma być już inaczej, ma być już dobrze. A ten dzień wciąż nie chce przyjść.

REKLAMA
Ta piosenka rozpięta jest karkołomnie między tym, co było, do czego tak bardzo chce się wrócić, w czym czuło się tak bezpiecznie i tak bardzo u siebie, a tym, wobec czego ma się nadzieję, że czeka gdzieś za chwilę, gdzieś za rogiem, tym co niechybnie musi wcześniej czy później nastąpić, ale strach, niepewność i wspomnienia odbierają siłę, żeby zrobić choć najmniejszy krok w tym kierunku.
Tą karkołomność reprezentuje już sam zespół, młoda grupa ze Sztokholmu, która istnieje dopiero kilkanaście miesięcy i opublikowała zaledwie kilka nagrań – to pochodzi z najnowszej epki grupy, zatytułowanej „Stand-by, We’re Going In For Life”, grupa, która ma idealną, zważywszy na muzykę jaką gra i teksty, które śpiewa, nazwę, bo przecież w takim graniu chodzi właśnie o to, żeby mieć serce na dłoni i jasno mówić, wyraźnie krzyczeć o tym, co się czuje i co najbardziej boli.
Choć to całkiem współczesny zespół, gra przecież muzykę pochodzącą z zupełnie innych czasów: to emo-core czy screamo niemal ikoniczne dla lat dziewięćdziesiątych, łączące ostre granie z osobistymi, prawie intymnymi tekstami, w których jest miejsce przede wszystkim na szczere do bólu dzielenie się swoimi emocjami. Wtedy takich zespołów było mnóstwo – moda na tego typu granie dotarła nawet do Polski, gdzie w granicach takiej stylistyki poruszały się m.in. takie formacje jak Die Last z Trójmiasta czy lubelska Juliette.

Tą karkołomność słychać w muzyce Heart On My Sleeve: z jednej strony sentymentalnie niedzisiejszej, z drugiej – wciąż przecież niechybnie aktualnej i wywołującej gorące emocje. Z jednej strony ostrej, brutalnej, drapieżnej niemal do granic przyswajalności, z drugiej – pełnej swoistego, szorstkiego liryzmu, niepodważalnego autentyzmu i najzwyklejszego, najprostszego i najbardziej zrozumiałego smutku.
Tą karkołomność słychać wreszcie w samym tekście tego utworu, ponurej, mrocznej opowieści o depresji, apatii, izolacji, o tym momencie w życiu, kiedy nie ma się już siły żyć przeszłością, która wymknęła się, wyślizgnęła z rąk, wypadła i roztrzaskała na drobne kawałki i choć bardzo się tego chce, choć wciąż ma się nadzieję, że to się uda, nie daje się ich na nowo poskładać w jedną, noszącą chociaż drobne pozory spójności, całość.
Ale to jest jednocześnie ten sam moment, w którym nie ma się też siły na zrobienie kroku do przodu, zostawienie tego wszystkiego za sobą, przejście nad tymi potłuczonymi resztkami przeszłości, niezależnie od tego, jak bardzo pokaleczy się o nie stopy i pójście zupełnie gdzie indziej.
To jest ten moment, w którym wspomnienia przeszłości wciąż nie pozwalają ani trochę na spojrzenie w przyszłość, w którym im bardziej rozpływają się one w pamięci, im bardziej stają się blade, im bardziej wszyscy dookoła próbują je zamazać, tym bardziej wydają się świeże, wyraźne, jasne i piękne. Tym bardziej wydają się czymś, o co wciąż warto walczyć, nawet jeśli wszystko i wszyscy absolutnie tego zakazują i próbują od tego odciągnąć jak najdalej.
Ta karkołomność widoczna jest w tym momencie, kiedy próbuje się przekonać samego siebie, że jest się już gotowym na zmianę, na zrobienie kroku do przodu, na ucieczkę z zaklętego kręgu wspomnień i złudzeń i kiedy w ostatniej chwili okazuje się, że to raczej właśnie to przekonanie jest potwornym, odbierającym wszystkie siły i resztki nadziei złudzeniem. I absolutnie w niczym nie może pomóc powtarzanie jak jakiejś naznaczonej nieuchronną klęską mantry słów, że to właśnie dziś, że to właśnie ten dzień. W niczym nie może pomóc to, że się je wyszepcze, wypowie, wykrzyczy – tak jak wokalistka grupy w tej piosence.
Bo to w ogóle nie jest dzień.
To jeszcze nie jest ten dzień.
I naprawdę nie wiadomo, kiedy ten dzień nadejdzie i czy w ogóle kiedykolwiek się zdarzy.