To jest piosenka na te wszystkie noce, kiedy nie ma już siły na płacz, na ból, na nic. Kiedy zostaje już tylko pusta wściekłość i gniew bez żadnego adresata i bez najmniejszego sensu.
REKLAMA
O mały włos zapomniałbym trochę o tym zespole, odłożył go na półkę, gdzie stoją płyty, które zwróciły moją uwagę, ale szybko musiały ustąpić innym. Ale wygląda na to, że czas przestawić krótki album tego młodego zespołu z Kentucky na półkę nieco wyższą – z tymi płytami, do których chcę jeszcze wracać.
I to nie tylko dlatego, że grupa za chwilę odwiedzi Warszawę – zagra tam jedyny polski koncert podczas swej europejskiej trasy, koncert, którego już się nie mogę doczekać.
Przede wszystkim dlatego, że są na niej takie piosenki jak ta:
Przede wszystkim dlatego, że są na niej takie piosenki jak ta:
Piosenki pełne rozpaczy, zmieniającej się nieuchronnie w desperacką wściekłość. Wściekłość tym bardziej bolesną i bezsensowną, bo pozbawioną adresata i pozbawioną jakiegokolwiek celu, nie dającą choćby śladu ukojenia i nie prowadzącą do żadnego sensownego rezultatu.
Ta płyta potrafi przygnębić już samym swym ponurym tytułem:
„Our Home Is A Deathbed”.
Muzycy tego młodego zespołu, jednego z coraz liczniejszego zastępu amerykańskich formacji, odświeżających w oryginalny i porywający sposób estetykę zwaną screamo albo post-hardcorem, takich jak m.in.: Touche Amore, La Dispute czy Pianos Become The Teeth, wydali ją w marcu tego roku. Wszystkie piosenki, które się na niej znalazły balansują gdzieś między agresywnym brzmieniem i pełnymi swoistego liryzmu melodiami, między zdartym głosem krzyczącego wokalisty i wyciszonymi fragmentami, zagranymi w zasadzie na jednej tylko gitarowej strunie, między zatraceniem się w motorycznym rytmie a bolesnym grzebaniem w najgłębiej ukrytych pokładach emocji.
„Our Home Is A Deathbed”.
Muzycy tego młodego zespołu, jednego z coraz liczniejszego zastępu amerykańskich formacji, odświeżających w oryginalny i porywający sposób estetykę zwaną screamo albo post-hardcorem, takich jak m.in.: Touche Amore, La Dispute czy Pianos Become The Teeth, wydali ją w marcu tego roku. Wszystkie piosenki, które się na niej znalazły balansują gdzieś między agresywnym brzmieniem i pełnymi swoistego liryzmu melodiami, między zdartym głosem krzyczącego wokalisty i wyciszonymi fragmentami, zagranymi w zasadzie na jednej tylko gitarowej strunie, między zatraceniem się w motorycznym rytmie a bolesnym grzebaniem w najgłębiej ukrytych pokładach emocji.
Ale spośród tych wszystkich szczerych do bólu, głośnych i szarpiących za serce piosenek na tej płycie, ta zwróciła moją szczególną uwagę.
Pewnie dlatego, że przecież codziennie jest tak, że
„znów przesypiam cały dzień, a światło z twojego okna rysuje na ścianie kształt twojej twarzy”, że nie umiem spojrzeć na świat, na innych ludzi, na jakiekolwiek zdarzenia, miejsca, sprawy, bo to światło wciąż razi mnie w oczy i nie pozwala zobaczyć zupełnie nic. Bo wciąż mój wzrok powraca w tę stronę, chociaż wiem, jak bardzo mnie to oślepi i ciągle nie umiem od tego uciec.
Pewnie dlatego, że przecież codziennie jest tak, że
„znów przesypiam cały dzień, a światło z twojego okna rysuje na ścianie kształt twojej twarzy”, że nie umiem spojrzeć na świat, na innych ludzi, na jakiekolwiek zdarzenia, miejsca, sprawy, bo to światło wciąż razi mnie w oczy i nie pozwala zobaczyć zupełnie nic. Bo wciąż mój wzrok powraca w tę stronę, chociaż wiem, jak bardzo mnie to oślepi i ciągle nie umiem od tego uciec.
Bo cały czas „pokonuję niepewność wiarą, że twoja miłość do mnie wróci. Czekam na uczucie, które jest tak daleko, jak daleko muszę się teraz trzymać od ciebie”.
Bo ten dystans zabija coraz bardziej, coraz bardziej boli i męczy, a jego trzymanie staje się coraz trudniejsze, coraz bardziej nieznośne, coraz bardziej niemożliwe.
Bo ten dystans zabija coraz bardziej, coraz bardziej boli i męczy, a jego trzymanie staje się coraz trudniejsze, coraz bardziej nieznośne, coraz bardziej niemożliwe.
Choć przecież wiem, że nie mam absolutnie żadnego innego wyjścia, jak tylko być daleko, najdalej, jak tylko się da, uciekać nieustannie, odcinać się uporczywie, chować się i udawać, że mnie całkiem, zupełnie nie ma. I trzymać się tego kurczowo, choć palce zaczynają już coraz bardziej drętwieć i boleć. Bo to miejsce rzeczywiście z dnia na dzień coraz bardziej staje się więzieniem, z którego nie ma żadnego dobrego wyjścia, z którego nikt nigdy nie wypuszcza nikogo za dobre sprawowanie, nikt nikomu nie daje warunkowego zwolnienia i żaden wyrok nigdy nie może być w zawieszeniu.
Bo wciąż, cały czas, codziennie „potrzebuję nocy, żeby mi przypominała, że moja miłość wciąż trwa, ale jest gdzieś po drugiej stronie mojego życia i tonie w oceanie ze związanymi rękami”.
I wiem, że muszę robić wszystko, żeby nie poszła na dno, żeby nie zachłysnęła się na zawsze zimną, słoną wodą, nie zadławiła się, ostatnim wysiłkiem rozpaczliwie próbując złapać choć mały haust powietrza, żeby wciąż trzymała się za wszelką cenę na powierzchni.
Bo jeśli nie, jeśli się to nie uda, jeśli nie zdołam tego wytrzymać i przetrwać, mój dom rzeczywiście stanie się „łożem śmierci”.
I wiem, że muszę robić wszystko, żeby nie poszła na dno, żeby nie zachłysnęła się na zawsze zimną, słoną wodą, nie zadławiła się, ostatnim wysiłkiem rozpaczliwie próbując złapać choć mały haust powietrza, żeby wciąż trzymała się za wszelką cenę na powierzchni.
Bo jeśli nie, jeśli się to nie uda, jeśli nie zdołam tego wytrzymać i przetrwać, mój dom rzeczywiście stanie się „łożem śmierci”.
