To jest piosenka o tym, jak trudno jest czekać. Ale historia tego zespołu to zarazem historia o tym, że czasem czekać jest zdecydowanie warto.

REKLAMA
Moim zdaniem to jedno z największych tegorocznych objawień na brytyjskiej scenie alternatywnej. Objawienie na miarę grupy Yuck, debiutującej mniej więcej trzy lata temu.
I ta nazwa nie pojawia się tu oczywiście przypadkowo, bo Dignan Porch w swojej muzyce odwołuje się do dość podobnych źródeł, które sprawnie, pomysłowo i oryginalnie eksplorują muzycy Yuck. Czyli przede wszystkim do klasycznego indie rockowego grania, głównie tego, które powstawało po drugiej stronie Atlantyku w latach dziewięćdziesiątych. Dignan Porch okazuje się więc kolejną formacją z Wielkiej Brytanii, która jest ciekawa między innymi dlatego, że jest tak bardzo nie brytyjska, a tak mocno amerykańska, jeśli chodzi o swoją muzykę.
Historia tego zespołu to historia uporu, cierpliwości i wytrwałości. Jego założyciel, Joe Walsh przez wiele miesięcy działał zupełnie samodzielnie, nagrywając kolejne płyty, ale nie mogąc doczekać się choć śladu szerszego uznania. Wreszcie postanowił przekształcić swój solowy projekt w zespół w pełnym składzie, zapraszając do współpracy własnego brata i kilku znajomych. Efektem jest właśnie ta płyta, album „Nothing Bad Will Ever Happen”, pierwszy materiał sygnowany nazwą Dignan Porch, który doczekał się szerszego zainteresowania.
I bardzo dobrze, bo zdecydowanie się ono tej płycie należy. Bo mnóstwo jest na niej czarujących melodii. Bo zachwycający jest brud, pod którymi ukrywają je muzycy. Bo słychać na niej szczerość i prawdę.

Teksty Walsha na tej płycie, momentami dziecinne, momentami bardzo proste, momentami uciekające gdzieś w kierunku fantazji i absurdu, to opowieść o tym, jak trudno jest zostać samemu, kiedy kochało się kogoś w sposób, którego za nic nie da się wyrazić.
Jak trudno jest być „starą zabawką, która leży gdzieś na półce i od lat zbiera kurz”.
Jak trudno żyć w ciemności, która zapada, kiedy traci się wszystko, co było ważne i nie da się już „zobaczyć niczego wyraźnie, dostrzec czegokolwiek przez mgłę, a nawet odtworzyć w pamięci twarzy kogoś, za kim tak bardzo się tęskni”. Kogoś, „kto przydarzył się tak dawno temu, jak serial, który ktoś zdjął z anteny i nikt nie wie, co mogłoby się w nim zdarzyć, bo nikt nigdy nie musiał wymyślać zakończenia”.
Jak trudno jest żyć kiedy pozostaje już tylko „robić te rzeczy, które zawsze chciałaś, żebym robił, a ja nigdy nie miałem na to ochoty, a dziś robię je bez żadnego zastanowienia, bo tak mocno przypominają mi o tobie”.
Przypominają o tym, że „kiedy byliśmy razem cały czas było lato i śmialiśmy się na cały świat i było nam tak dobrze, a teraz odeszło już nawet słońce”.
I jak trudno jest żyć, kiedy „w głowie mam już tylko czarną, bolesną ranę, w tym miejscu, w którym byłaś, a teraz cię już nie ma”.
I jeszcze, już na sam koniec, w zamykającej płytę piosence „You Win, You Win”, w której pojawia się ta myśl, że kiedy się tak cierpi, kiedy nic już nie chce się udać, ułożyć, poskładać, kiedy nic już nie cieszy, nic nie chce sobą zafascynować i choć na chwilę odciągnąć gdzieś na bok, kiedy wszystko się już definitywnie skończyło i raczej nie widać szansy, żeby cokolwiek mogło się jeszcze kiedyś zacząć na nowo, ta myśl, że „wygrałaś, to ty wygrałaś”, żyjąc dalej swoim szczęśliwym, radosnym beztroskim życiem, a to co mi zostało to już tylko „muchy latające wokół gnijącej jabłoni, pod którą leżę wśród brązowych owoców, zapadając się jak w ruchome piaski w gąbczastą ziemię”.
I tak jak przekonują mnie bez reszty te wszystkie malowane przez Walsha w prostych słowach, w lapidarnych zwrotkach, ponure i ciemne historie, w których wyczuwam głębokie pokłady prawdy i bolesnej, ćwiczonej całymi miesiącami na własnej skórze, wiedzy o życiu, nie może mnie w żaden sposób przekonać tytuł tej znakomitej płyty, bo jak uwierzyć w to, że „nic złego się nigdy nie zdarzy”, skoro coś złego zdarza się cały czas, zdarza się właściwie bez przerwy i uporczywie nie można się doczekać, żeby zdarzyło się coś dobrego.