O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Texas Is The Reason „Nickel Wound”

To jest piosenka o tym, że nieuchronnie nadchodzi jesień, ale zarazem o tym, jak ciężko jest żyć, kiedy poprzednia właściwie nigdy się nie skończyła i trwała cały rok.


Sam tak naprawdę nie wiem, czemu uporczywie i nieubłaganie wracam coraz częściej do zespołów z lat 90-tych, do tych wszystkich mistrzów klasycznego emo, z czasów, kiedy to pojęcie znaczyło jeszcze zupełnie co innego niż dziś, kiedy znaczyło muzykę wyrwaną gdzieś z najciemniejszych zakamarków duszy, kiedy znaczyło podawanie słuchaczom przez muzyków zakrwawionego serca na dłoni. Sam nie wiem dlaczego, ale wracam do tamtych zespołów coraz częściej.


Może dlatego – tak jest choćby w tym właśnie przypadku - że te zespoły zaczynają powracać na scenę, z jednej strony może trochę kunktatorsko wykorzystując niespodziewaną koniunkturę na taką muzykę, z drugiej jednak przecież po prostu zażywając w pełni zasłużonej popularności i sławy, której nie miały okazji zaznać wtedy.


Grupa Texas Is The Reason właśnie powraca po raz kolejny – jej muzycy stanęli już razem na scenie w 2006 roku – i z miejsca wyprzedaje każdą salę, w której ma zagrać kolejny koncert, dopisując następne do listy. Istniała w połowie lat 90-tych, kiedy kilku muzyków zmęczonych graniem brutalnego, kipiącego od testosteronu hard core’a, postanowiło spróbować swoich sił w zupełnie innej estetyce.
Dotychczasowi fani byli co najmniej zdumieni, ale debiutancka płyta, wydany w 1996 roku album „Do You Know Who You Are?”, z którego pochodzi ta piosenka, sprzedawał się znakomicie i z miejsca stał się klasyczną pozycją dla gatunku zwanego emo, a dokładniej: emo-corem.

Może dlatego, że ta muzyka wciąż jest żywa, dziś brzmi równie dobrze, jak wówczas, kiedy powstawała, a może nawet lepiej, bo kiedy spojrzy się na nią przez pryzmat tego, co wydarzyło się przez kolejnych kilkanaście lat na scenie alternatywnej, nadal tchnie świeżością, autentycznością, szczerością i prawdą.


Może dlatego, że ta prosta piosenka, z naiwnym, nie grzeszącym nadmierną głębią tekstem o tym, jak łatwo się zagubić i zupełnie nie wiedzieć, co z tym zrobić, o tym, jak wymyśla się miny, gesty i słowa, żeby udawać, że wcale nie jest tak źle, jak jest naprawdę, o tym wreszcie, jak trudno się czasem pogodzić z tym, że nieubłaganie zaczyna się jesień, wciąż wydaje się dziś tak bardzo aktualna, pod wieloma względami.
A może po prostu dlatego, że w jakiś zaskakujący i nie do końca dla siebie samego zrozumiały sposób tęsknię za tamtymi czasami.

Czasami, kiedy wszystko było jakby jakieś prostsze, bardziej zrozumiałe, a chwilami może wręcz oczywiste.
Czasami, kiedy niewinność i naiwność nie tylko na papierze różniły się raptem kilkoma literami, kiedy głupota tak chętnie rymowała się z wieloma innymi słowami, a beztroską i dezynwolturą nie krzywdziło się ani siebie, ani co ważniejsze nikogo dookoła.
Czasami, kiedy wyjeżdżało się z tego miasta, żeby poznawać i doznawać, a nie chować się, ukrywać i uciekać, jak dziś. Kiedy nie było dokąd wyjść, ale się wychodziło, po to, żeby żyć, kiedy nie miało się długiej listy miejsc, których za wszelką cenę trzeba unikać, niezależnie od tego, jak bardzo unikać się ich wcale nie chce.

Kiedy można było chodzić po tych ulicach z podniesioną głową, a nawet z uśmiechem, a nie, tak jak dziś, przemykać dziś chyłkiem, rozglądając na boki i bojąc się wszystkiego i wszystkich.
Kiedy nie trzeba było uciekać przed tymi wszystkimi, których tak bardzo chce się mieć blisko siebie, ale jednocześnie wie się tak dobrze, że ta bliskość będzie przypominać, będzie się kojarzyć, będzie rozrywać wszystko na nowo.
Czasami, kiedy samotność bywała nawet inspirująca, zabawna i znośna, czasami, które dawno odeszły i zostawiły po sobie tylko dzisiejszy pył i gruz.