Ta piosenka to idealny prezent urodzinowy dla kogoś, komu wciąż chce się dawać prezenty, choć wie się aż za dobrze, że ten ktoś już wcale tego nie chce.

REKLAMA

Ta dziewczyna, jeszcze chwilę temu wręcz – dziewczynka z Australii powoli próbuje przebić się ze swoją muzyką do szerszego grona słuchaczy. Szerszego niż ta wirtualna społeczność jej zagorzałych fanów, która od dłuższego czasu istnieje w internecie, wymieniając się informacjami na jej temat, plotkami, wrażeniami. Zaczęło się już kilka lat temu, kiedy Australijka opublikowała w sieci kilka nagrań. Nagrań stuprocentowo nieprofesjonalnych, dokonanych we własnej sypialni, z gitarą akustyczną w ręce. Ale czego więcej potrzeba, kiedy tworzy się takie piosenki: proste, ciche, bardziej wyszeptane niż wyśpiewane. Potem ukazała się debiutancka epka, „Full Hearts And Empty Rooms”, ledwie cztery utwory, zaaranżowane w dużo bogatszy sposób, ale tak samo jak tamte pierwsze delikatne, smutne i urocze. Minęło kilkanaście miesięcy i Emma powraca – zaraz będzie występować na promocyjnym festiwalu dla młodych wykonawców, nowojorskim CMJ. Mam szczerą nadzieję, że uda mi się ją tam zobaczyć, choć w lawinie koncertów i innych atrakcji, którą co roku jest ten festiwal, wszystko może się zdarzyć albo zupełnie nie zdarzyć. A na początek 2013 roku młoda singer/songwriterka zapowiada pełnowymiarowy debiut, którego nie mogą się doczekać ci wszyscy, którzy nie przestają pisać w internecie peany na jej temat.
I nic dziwnego, bo przecież znakomita epka bardzo mocno rozbudziła oczekiwania, bo przecież nie sposób słuchać spokojnie takich piosenek jak choćby największy jak do tej pory przebój australijskiej wokalistki, piosenka „Jungle”, bardzo wyraziście potwierdzająca duchowe, mentalne i muzyczne pokrewieństwo Emmy z wokalistką londyńskiego zespołu Daughter, który zresztą w tym roku też wystąpi na festiwalu CMJ. Piosenka o tym, jak bardzo wielki czasem bałagan ma się w głowie, w sercu i w życiu, a na dodatek ma się bolesną świadomość, że to wszystko na własną prośbę i za sprawą własnych działań. Nie sposób nie słuchać spokojnie takich piosenek jak „Al’s Song”, opowiadającej o tym, jak nie da się żyć bez okłamywania innych i samego siebie. Takich piosenek jak z pozoru tylko radośniejsza „Bugs”, opowiadająca o rozpaczliwej potrzebie posiadania domu, albo przynajmniej jakiejś jego namiastki. I takich piosenek jak kończąca tę krótką epkę ballada „1000 Sundowns”: naiwna, prosta, niemal dziecinna opowieść o miłości, która była dobra, która działała, która się sprawdziła i przynosiła szczęście, ale potem musiała umrzeć. Trochę, bo urodziła się za szybko, a trochę nie wiadomo właściwie czemu.
Piosenka na ten moment, kiedy wydaje się, że najgorsze już minęło i można na wszystko spojrzeć na spokojniej, na chłodniej, na bardziej rozsądnie. Ale zaraz okazuje się, że to tylko wrażenie i wcale nic nie minęło i nadal nie da się spokojnie, nadal nie da się chłodno, nadal nie da się rozsądnie. Piosenka na ten moment, kiedy wciąż tak samo mocno chce się, żeby było tak jak dawniej, żeby te miesiące, które minęły, nie miały żadnego znaczenia. Kiedy chce się coś powiedzieć, kiedy chce się przypomnieć o sobie i o wszystkim i kiedy chce się przekonać, czy jest jeszcze o czym przypominać. Kiedy chce się uśmiechnąć, odezwać, zawołać, powiedzieć coś, jak kiedyś. Kiedy chce się złożyć życzenia na kolejne, takie same, ale przecież już zupełnie inne urodziny. Kiedy chce się dać prezent, a można go już tylko dołożyć do tych wszystkich innych prezentów, które czekają na dnie szafy nie wiadomo na co, bo już nie było kiedy ich dać. Kiedy wciąż nie można zapomnieć tych „tysięcy wieczorów, kiedy byliśmy przytuleni” i kiedy wciąż chce się wierzyć, że to jeszcze możliwe, żeby „płakać jeszcze raz w tych ramionach przez kolejnych tysiąc wieczorów”. Kiedy tak boleśnie jest przekonywać się na każdym kroku, jak niedobrze jest mieć „pełne serce i pusty pokój”.