Ta historia jest o tym, że nie wolno sądzić po pozorach. Bo biegnie się dalej, a ten kogo się po pozorach źle oceniło, zostaje z tym sam na długo. Na bardzo długo.
REKLAMA
To jest piosenka o tym, że trzeba się zatrzymać, przyjrzeć skrupulatniej, dokładniej, na spokojnie i uważnie. Że trzeba dać drugą szansę i nie przekreślać od razu. Że nawet dobrze poznane pozory cały czas zostają tylko pozorami i warto się przebić przez ich powierzchnię i zajrzeć do środka. Bo inaczej można kogoś bardzo skrzywdzić i zostawić go na pastwę jego własnych kompleksów, jego własnego nie radzenia sobie ze sobą.
Dokładnie tak było z tym zespołem, który z miejsca skreśliłem, odłożyłem na bok, nie przyjrzałem mu się nawet trochę dokładniej, zakładając z góry, że to absolutnie nie będzie dla mnie. I o mały włos zostałby tam, gdzie go położyłem i pewnie nigdy nie wróciłbym do niego. I nie spędziłbym niekończących się godzin, słuchając tego utworu raz po raz, nie mogąc się nim nacieszyć, nie mogąc się od niego oderwać, ucząc się go na pamięć.
Bo to, wbrew pozorom, wbrew absolutnie zadziwiającej nazwie, kojarzącej się raczej z jakimś japońskim zawodnikiem sumo, jest pochodząca z Kalifornii alternatywna formacja, grającą dream pop: kojący, łagodny niemal do granic ukołysania do pierwszego od bardzo dawna spokojnego snu, w pierwszej chwili smutny do bólu, ale potem łagodzący ten ból znieczulającymi środkami pięknej melodii i ciepłego brzmienia.
Bo to, wbrew pozorom, wcale nie jest jakaś tańsza, gorsza, niedorobiona, bardziej umorusana i nieuporządkowana wersja Lany Del Rey, śpiewającej udawane liryczne piosenki, pełne waty emocji, nieprawdziwych równie mocno jak nieprawdziwe są jej usta. To dwie nieśmiałe dziewczyny, tworzące sekcję rytmiczną - na dodatek, co rzadko się zdarza: rolę wokalistki pełni tu ta z nich, która gra na perkusji - i równie jak one wycofany chłopak, grający, wbrew pozorom, całkiem pasujące do ich wyciszonych piosenek, dość głośne, nerwowe, niemal histeryczne, zawrotne gitarowe figury. Choć pierwsze sekundy tego nagrania zwiastują raczej nawałnicę brudnych, szorstkich i nie do końca uporządkowanych gitarowych brzmień, już po chwili okazuje się, że ta desperacka gitara idealnie pasuje do sennego rytmu, że zdobi tą muzykę, jak mała blizna potrafi ozdobić twarz, a drobna wada sprawić, że ktoś ciekawy staje się jeszcze bardziej interesujący.
Bo to, wbrew pozorom, wbrew przekonaniu, że dziś już nie można zwyczajnie, prosto mówić o uczuciach, żeby nie być śmiesznym, patetycznym, żenującym, jedno z najprostszych, a zarazem najbardziej przejmujących wyznań miłośnych, które pojawiło się w ostatnim czasie na alternatywnej scenie muzycznej. To tekst, w którym nie trzeba już nic dodawać, nie trzeba niczego dopisywać, komentować, rozwijać. Tekst, w którym wszystko jest czarno na białym, tekst, który można powiedzieć tylko komuś, komu się cały czas jeszcze ufa, mimo wszystko, komu się cały czas, mimo wszystko, bezgranicznie wierzy i w kogo się ciągle jeszcze wierzy, na kogo się wciąż liczy. I tylko wtedy kiedy wciąż się jeszcze ufa, wciąż się jeszcze w coś wierzy, wciąż się jeszcze na coś liczy. Kiedy wie się doskonale i za nic w świecie nie chce się pozbyć tej myśli, nie chce się jej wypłukać z siebie, choć wszyscy mówią, ze inaczej nie można, że dłużej się tak już nie da, kiedy wciąż nie można skreślić ze swojego życia tego najgłębiej zakorzenionego przekonania, że ten ktoś „był wszystkim, czego się kiedykolwiek pragnęło” i że można by za nim naprawdę „pójść dokądkolwiek”. I kiedy wciąż nie można się pogodzić z tym, że „chyba się coś źle zrozumiało”. I wciąż nie można znaleźć choćby śladu odpowiedzi na palące jak żywy ogień pytania: „to dokąd mam teraz iść? Co ze sobą zrobić?”. Kiedy wciąż strach, ból i rozpacz nie pozwalają sobie zadać tego pytania, na które nawet nie przyznaje się sobie prawa do odpowiedzi: „to kogo mam teraz kochać, skoro nie mam ciebie?”. I zostaje już tylko ucieć gdzieś, schować się za brudny hałas chaotycznej gitary, który nagle nabiera sensu, nagle staje się dokładnie tym, co jest potrzebne, żeby zagłuszyć te wszystkie brutalne pytania, te wszystkie zdania, z którymi wciąż jeszcze nie ma się siły skonfrontować. Ale to pomaga tylko na chwilę, tylko na cztery i pół minuty tej piosenki. A co dalej? No co dalej?
