Ta historia jest niemal niewiarygodna. I niewiarygodnie piękna. Kiedy tylko ją usłyszałem, od razu wiedziałem, że trzeba opowiadać ją dalej.
REKLAMA
Więc opowiadam. Wszystko zaczęło się pod koniec lat 60-tych w Detroit, które nie było jeszcze, tak jak dziś, miastem kompletnie martwym i umierającym coraz bardziej z dnia na dzień. W małych, brudnych klubach tego robotniczego molocha, w którym powstawały samochody, pojawił się młody artysta. Wchodził na scenę, jakby zawstydzony, jakby onieśmielony i śpiewał swoje smutne piosenki - akustyczne ballady, w bardzo wówczas świeżej i popularnej konwencji folkowych protest-songów. Detroit było daleko od najważniejszych centrów kulturalnej Ameryki: Kalifornii i Nowego Jorku, gdzie co bardziej utalentowani artyści poruszający się w podobnych rejonach stylistycznych z miejsca stawali się gwiazdami, a wręcz - głosami swego pokolenia. Ten młody pół-Latynos, który występował przedstawiając się tylko imieniem - Rodriguez - nie miał na to szansy.
Choć jego koncerty oglądali głównie dopijający kolejne piwa przed pójściem spać pracownicy General Motors i innych koncernów samochodowych, szybko zaczęły one przyciągać także łowców talentów, trochę już zmęczonych kolejnymi bardami z wielkich miast i szukających czegoś nowego. Rodriguez szybko zdobył wśród nich bardzo wysokie notowania - niektórzy mówili o nim nawet, że to „latynoski Bob Dylan”. I coś było na rzeczy: podobna stylistyka, podobna siła metafor, podobny sposób patrzenia na świat. Postanowili dać muzykowi szansę: dostał pieniądze na nagranie płyty w najlepszym studiu, z najmodniejszymi producentami. W ten sposób powstał debiutancki album „Cold Fact” i nagrana zaraz potem płyta „Coming From Reality” - młody artysta miał w sobie tyle emocji, że piosenki wychodziły z niego jedna za drugą. Znakomite piosenki.
Takie jak ta, która zamykała jego drugą płytę. I zaczynała się od słów: „wyrzucili mnie z pracy dwa tygodnie przed świętami”. Słów, które okazały się prorocze, bo płyty nie chciały się sprzedawać i wytwórnia zerwała kontrakt z ich autorem. A on nie miał już siły walczyć o miejsce na muzycznym rynku, szybko zrozumiał, że to dla niego. I zniknął. I tak mogłoby go nie być aż do dziś.
Kilka lat później w Kapsztadzie ląduje młoda Amerykanka, która postanowiła przeprowadzić się do swojego pochodzącego z RPA chłopaka. Ma ze sobą kilka płyt, między innymi albumy Rodrigueza, jedne z nielicznych, które sprzedały się w Ameryce. Płyt słucha coraz więcej znajomych Amerykanki, znajomych ich znajomych i ich jeszcze dalszych znajomych. Po kilku miesiącach o Rodriguezie mówi już cały Kapsztad, po kolejnych - całe RPA. Jego antysystemowa, negująca autorytety twórczość trafia na podatny grunt: coraz liczniejszych białych mieszkańców kraju, niezadowolonych z apartheidu. Rodriguez staje się prawdziwym głosem tego środowiska, a jego piosenki znają na pamięć tysiące ludzi. Ale nikt z nich nie wie, kim tak naprawdę jest ten artysta i czemu nie nagrał już nic więcej. Pojawia się nawet legenda, że na jednym z koncertów Rodriguez popełnił samobójstwo na oczach widowni - to byłoby rzeczywiście dobre wyjaśnienie, czemu tak dobrze zapowiadająca się kariera skończyła się tak szybko i niespodziewanie.
Mijały kolejne lata, aż wreszcie pojawił się ktoś, kto postanowił rozwikłać tajemnicę Rodrigueza - to dziennikarz muzyczny z RPA, który w latach 90-tych zaczął prowadzić prawdziwe śledztwo w sprawie tego muzyka. I odkrył istną sensację - muzyk nadal żyje, ma się dobrze, dawno już porzucił myśl o występach na scenie i nie ma zielonego pojęcia, że cieszy się tak ogromną popularnością w RPA. A naprawdę nazywa się Sixto Diaz Rodriguez. Postanawia sprowadzić go do swej ojczyzny na serię koncertów.
To musi być szok dla 60-letniego już wówczas artysty, który przez poprzednie cztery dekady pracował jako robotnik budowlany w Detroit, a gitarę brał do ręki tylko od czasu do czasu, po pracy, żeby zagrać coś dla swoich córek. W RPA gra wyprzedane do ostatniego miejsca koncerty w największych halach i na stadionach, wypełnionych fanami, którzy na pamięć znają każde słowo każdej piosenki. A potem znów wraca do swojego walącego się mieszkania w Detroit, toczyć tam nudne życie emeryta w umierającym mieście.
I co z tego wynika? Że warto czekać, bo los da nam w końcu to, czego pragniemy, nawet jeśli zdążyliśmy już sobie wmówić, że wcale nas to nie interesuje? Że nawet jeśli kiedyś to dostaniemy to tylko na chwilę i z zupełnie innej strony niż moglibyśmy się tego spodziewać? Nie wiem, nie mam pojęcia. I nawet nie chcę próbować zgadywać. Ale to ładna, smutna historia. I to ładna, smutna piosenka.
