Kiedy słucha się tego zespołu, kiedy uświadamia się sobie jego niezwykłość, co i rusz ciśnie się na usta: „nie, no na to się nie zdobędziecie”. A jednak.
REKLAMA
Zaczęło się - tak przecież często się zaczyna - od nazwy. Bo jest nietypowa. Nie ma w niej żadnego zwierzęcia, nie ma w niej słowa „black”, nie ma w niej słowa „young”. Bo jest spektakularnie wieloznaczna. I - jak się okazało - bo powoduje przezabawne sytuacje na koncertach, kiedy wokalista grupy mówi do publiczności: „We are You Won't”.
Potem była muzyka. Bo z jednej strony jest zdaje się nie być zbyt nowa, zbudowana z typowych, modnych dziś bardzo elementów: akustycznych brzmień, ładnie zgranych, albo czasem zupełnie właśnie nie pasujących na pozór do siebie, linii wokalnych oraz z produkcji, która jest tak surowa, że w zasadzie jakby w ogóle jej nie było. Bo przecież taki sposób grania znany jest od stu lat, a może nawet jeszcze dłużej. Bo przecież taki sposób śpiewania przez lata wyeksploatował - zdawałoby się: zupełnie do cna - Bob Dylan i wszyscy jego naśladowcy. A jednak w swej pozornej typowości ta muzyka jest przecież na co najmniej kilka sposobów oryginalna, tak jakby ci młodzi muzycy znaleźli zupełnie inny sposób na ustawienie tych samych klocków, jakby doszli tą samą, co wszyscy, drogą do zupełnie innego celu.
Potem było kilka faktów: że jest ich dwóch, że są całkiem z prowincji, z małego miasta w Massachussetts i że zupełnie im to w niczym nie przeszkadza, że jeden gra na gitarze, drugi na perkusji i całkiem im to wystarcza, że rok temu nagrali dwanaście utworów, akurat tyle, żeby złożyć z tego płytę, że nazwali ją „Skeptic Goodbye”, chociaż przecież czy można się sceptycznie żegnać, że wydali ją w wytwórni o znamiennej skądinąd nazwie: Old Flame, tak jakby chcieli podsycić nadzieję, że dawny płomień ma jeszcze szansę rozbłysnąć na nowo, że wydali ją - i to jest przecież dopiero szczyt ironii - w walentynki.
A na koniec, a właściwie przecież raczej na początek, bo dopiero od tego momentu naprawdę zrozumiałem, czy może raczej: poczułem, o co chodzi w tym zespole, był koncert. Kilka koncertów właściwie. Dzień po dniu. Podczas festiwalu idealnie skrojonego dla takich zespołów jak ten: nieznanych, ale porywających od pierwszej minuty koncertu. Bo tych dwóch młodych facetów porywa. Od pierwszej minuty. Bo to nie są zwyczajne koncerty, bo to nie są banalne formy scenicznej ekspresji, bo to nie jest odegranie swoich utworów bez ruchu, bez emocji, a może trochę i bez sensu. Nic z tych rzeczy.
Niby wszystko było - w miarę - zwyczajnie. Do momentu, kiedy znienacka wysiadł prąd. Ale muzykom nie przeszkadzało to w żadnym stopniu. Nawet nie, że w zasadzie tego nawet nie zauważyli. Chyba nawet bardziej. Chyba wręcz było im to trochę na rękę. Bo mogli wyjść zza odsłuchów, wejść między widzów, śpiewać swoje teksty bez żadnej pomocy, bez żadnego wzmocnienia. A one i tak zabrzmiały wystarczająco mocno, wystarczająco głośno, wystarczająco znamiennie i znacząco.
To było zupełnie inne, to było naturalne, to było zwyczajne i intymne. Jakbyśmy nagle wcale nie byli na żadnym koncercie, ale gdzieś na jakimś zupełnie bliskim spotkaniu, na jakimś wieczorze wśród przyjaciół. W tej chwili, w której nagle chcą się z nami podzielić czymś, czym dzielą się tylko z nami i tylko teraz. I to było coś, czego nie sposób zapomnieć i koło czego nie sposób przejść obojętnie.
Więc zostały mi wspomnienia tych wszystkich momentów, kiedy stali tuż obok mnie i śpiewali tak, jakby śpiewali tylko dla mnie, kiedy znienacka zamieniali gitarę na piłę, kiedy zamiast perkusji używali krzeseł i stolików. I została ta płyta, do której wracam co chwilę, mimo tego, że każdy dzień jest dniem, który oddala mnie coraz bardziej od jakichkolwiek walentynek.
I został ten utwór, który ją otwiera i który robi chyba największe wrażenie. Tą melodią, tym żarem, który w niej słychać, tym tekstem, trochę ironicznym, trochę pouczającym. I dającym do myślenia o tym, co jest rzeczywiście prawdziwe, a co jest zupełnym złudzeniem i beztroskim mydleniem sobie oczu.
Przemysław Gulda
