Święta. To czas, kiedy wszystko balansuje na cienkiej linii między rajem a piekłem. I wystarczy jeden nieostrożny krok, żeby wkroczyć tam, gdzie bardzo nie chce się być.
REKLAMA
Tak to jest właśnie ten moment w roku. Kiedy nagle cały świat zatrzymuje się w miejscu i drepcze wokół choinki. Ten moment, kiedy nie dzieje się nic, bo jak ma się dziać, skoro wszyscy skupiają się przede wszystkim na wykrawaniu choinek z piernikowego ciasta, wysyłaniu ostatnich, i tak już przecież spóźnionych, kartek z życzeniami, rozpaczliwych próbach wymyślenia takich prezentów, których obdarowani nie będą chcieli czym prędzej oddać tym najmniej lubianym członkom rodziny i próbach nie pokłócenia się z wszystkimi na śmierć podczas świątecznych porządków. To jest czas, kiedy rok już wie, że nie wyjdzie z tego cało, że to już naprawdę koniec, że zostało mu już tylko kilka dni i zupełnie nic więcej. I nawet już chyba nie próbuje z tym walczyć.
To jest ten moment, który bywa piękny. Kiedy ma się to wszystko, co jest potrzebne do szczęścia według telewizyjnych reklam i zdjęć słynnych ludzi w domowych kapciach na rozkładówkach podwójnych numerów tygodników do wyrabiania opinii: jakiś dom, jakichś bliskich, jakichś trochę dalszych, którzy w tym czasie stają się jakby trochę bliżsi. Jakieś choćby okruchy szczęścia, które można tego dnia posklejać ciastem z pierogów i związać lametą. Jakieś choćby skrawki zwykłego życia, które w świetle betlejemskiej gwiazdy nagle zaczynają lśnić zaskakująca niezwykłością. Ale kiedy nie ma się niczego z tych rzeczy, kiedy nie ma się zupełnie niczego, to jest moment najgorszy.
I do tego jeszcze muzyka. Która z tej okazji też potrafi być rozpaczliwie nie do zniesienia. Z jednej strony kolędy w najróżniejszych wykonaniach, atakujące z każdego możliwego głośnika: w sklepie, w pracy, w tramwaju. Z drugiej - specjalne bożonarodzeniowe piosenki nagrywane przez najróżniejsze zespoły. Nagrywane wręcz ostatnio przez prawie wszystkie zespoły, bo przecież trochę już zaczyna nie wypadać ich nie nagrywać. W większości są albo nie do słuchania, albo zapomina się je w chwilę po wysłuchaniu, żeby już nigdy do nich nie wrócić, bo po co do nich wracać, kiedy po choince zostało już tylko kilka igieł skrywających się w grubych nitkach dywanu.
Jasne. Są wyjątki. Bożonarodzeniowe piosenki o których z jakiegoś powodu się pamięta. Choćby te, które przez kilka lat nagrywał gdański zespół Old Time Radio - delikatne, wycofane, prawie nieobecne. Albo te przewrotne, zupełnie nie bożonarodzeniowe - jak te z najbardziej zaskakującej świątecznej epki, nagranej kilka lat temu przez zespół Glasvegas: wulgarnej, brutalnej, tak dalekiej od bożonarodzeniowej atmosfery, jak to tylko możliwe. Nie mówiąc już o najbardziej radykalnej, jednoznacznej i wykrzyczanej opcji w postaci klasycznej już dziś antykolędy punkowego zespołu Fear, o nie zostawiającym żadnych wątpliwości tytule „Fuck Christmas”.
W tym roku jedyną piosenką świąteczną, która zdołała zwrócić moją uwagę na dłużej, był utwór nagrany przez nieznany prawie zupełnie, choć przecież aktywny od dłuższego czasu, folkowy kolektyw z Denver pod wodzą Johna Commona. Utwór smutny, jak smutna może być tylko samotna kolacja wigilijna, ponury, jak ponura może być znaleziona na chodniku choinkowa gałązka, położona na stole w rozpaczliwym geście udawania, że wszystko jest na miejscu, wszystko jest w porządku i że wręcz wszystko się jeszcze jakoś ułoży, prosty, jak proste jest to, że nic nie jest na swoim miejscu, nic nie jest w porządku, a już na pewno nic się już nigdy nie ułoży.
I nawet jeśli pierwsza zwrotka jest naiwnie złośliwa, infantylną złośliwością małego dziecka, które chce przewrócić choinkę, bo nie znalazło pod nią tego, co sobie zażyczyło w liście do Świętego Mikołaja, kolejne słowa ranią jak wbijane pod paznokcie zielone igły albo okruchy potłuczonych bombek. Bo, tak, święta sprawiają, że myśli się o tym, czego nigdy się nie miało, święta sprawiają, że wspomina się tych, których się straciło i już nigdy, absolutnie nigdy nie będzie się blisko nich. Bo, tak, święta są dziwne. Bo, tak, święta są zimne. Jak lód. Bo, tak, święta są smutne. Najsmutniejsze. I to jest naprawdę najgorszy moment na myślenie o tym, żeby się nie poddawać.
Przemysław Gulda
