Ten zespół metodycznie wbijał się przez ostatnie tygodnie w sam środek mojego serca i choćbym nawet chciał, nie byłbym go już w stanie stamtąd wyrwać.

REKLAMA
Dziś będzie ostro, krótko i bardzo, najbardziej jak tylko się da, na temat. To piosenka amerykańskiej formacji Touche Amore z jej ostatniego, drugiego jak dotąd, albumu „Parting The Sea Between Brightness And Me”. Albumu, który znam już absolutnie na pamięć, od pierwszego do ostatniego dźwięku, każdy gitarowy riff, każdą linię basu, każdy moment, w którym perkusista znienacka uderza w talerze i wreszcie – każde słowo wykrzykiwane albo wyszeptane przez wokalistę. Te ostatnie pewnie dlatego, że pod tak wieloma z nich mógłbym się bez żadnych wątpliwości i bez chwili wahania podpisać.
Dawno nie było już zespołu poruszającego się w tym gatunku muzycznym – ostrym, momentami dość radykalnym emo-core’owym graniu, nawiązującym raczej do klasyki tej muzyki niż do jej skomercjalizowanej i sprowadzonej do łzawego gitarowego smęcenia współczesnej formuły – który zrobiłby na mnie aż tak wielkie wrażenie. A od zawsze było ich sporo – począwszy od prawdziwych klasyków gatunku, grupy Fugazi, poprzez takie zespoły jak mistrzowie autodeprecjacji, I Hate Myself, specjaliści od poruszania najbardziej wrażliwych strun w duszy ultra przebojowymi piosenkami, As Friends Rust czy wreszcie bardzo liryczna szwedzka Leiah. No i jeszcze jeden zespół – arcy ostry, ale i arcy poruszający Orchid, dzięki któremu udało mi się przetrwać kilka naprawdę trudnych życiowych momentów.
Touche Amore mają wszystko, co się liczy w takim graniu: znakomite melodie, idealne proporcje między gniewem, desperacją i rozpaczą, między ostrymi gitarami i fragmentami wyciszonymi niemal do granic szeptu. Mają też znakomitego wokalistę, który nie dość, że niemal ekshibicjonistycznie wyrzuca z siebie na scenie najgłębsze emocje, na dodatek robi to w taki sposób, że nie sposób oderwać od niego oczu.
I jeszcze jedno – ta propozycja nie pojawia się tu dziś przypadkowo – zespół zaraz przyjeżdża do Polski, żeby zagrać tu trzy koncerty: w Gdyni, Warszawie i Poznaniu. I już się nie mogę doczekać. Spróbuję być na wszystkich trzech, nawet jeśli miałbym pod sceną przez trzy wieczory z rzędu bezlitośnie rozdrapywać wszystkie swoje emocjonalne blizny.