Ta piosenka przypomniała mi czasy, kiedy wszystko było jakoś zupełnie inaczej, łatwiej, chyba też - bardziej. To było tak niedawno, ale czuję, jakby od tego czasu minęła cała epoka.

REKLAMA
I wtedy ona, zupełnie znienacka, całkowicie z zaskoczenia, powiedziała: White Rose Movement. A ja zaniemówiłem. Na chwilę, bo przecież szybko zacząłem udawać, że jest tak, jak gdyby nic nie było. Zaniemówiłem, bo wcale się tego po niej nie spodziewałem. Bo wiedziałem, choć może bardziej tylko podejrzewałem, że żyjemy gdzieś w zupełnie innych muzycznych światach, a nagle okazało się, że mają one przynajmniej jeden, absolutnie zaskakujący punkt wspólny (choć kiedy potem o tym myślałem, przypomniałem sobie jeszcze o jednym, przypomniałem sobie o tym, jak dzień wcześniej, w jakimś zupełnie innym miejscu, w jakimś zupełnie innym kontekście, w jakichś zupełnie innych okolicznościach, mocnym głosem i pewnym tonem powiedziała: Joy Division).
Siedzieliśmy w tanim barze, w którym siadywaliśmy czasem, w którym siadywali wszyscy, w barze, w którym jedzenie było tanie, dobre i podawane w dużych porcjach i zawsze brzmiała tam tania, bardzo niedobra i podawana w jeszcze większych porcjach muzyka. Ale to był moment, kiedy nie zwracaliśmy na nią zupełnie uwagi, tak jak nie zwracaliśmy zupełnie uwagi na tych studentów z Chin, pracowicie nawijających makaron na widelce, przy stoliku obok, tak jak nie zwracaliśmy zupełnie uwagi na tę parę na pierwszej, może drugiej, a z pewnością ostatniej - choć on wciąż o tym jeszcze nie wiedział i wciąż jeszcze wierzył mocno, że właśnie z tego coś może być, że właśnie to może wyjść - randce, siedzącą w rogu, tak jak nie zwracaliśmy zupełnie uwagi na ten kolorowy tłum studentów z Erasmusa, pewnie z Hiszpanii, może z Grecji, a może zupełnie skądinąd, ale stanowczo i wyraziście nie stąd, cieszących się wszystkim: i tym tanim jedzeniem, i tym przeżywaniem najlepszych miesięcy w swoim życiu, i tą miłością, z końcem wyznaczonym na ten moment, kiedy będzie się już miało wszystkie wpisy w indeksie, a w kieszeni tani bilet na tanią linię do taniego domu. To był moment, kiedy zwracaliśmy uwagę tylko i wyłącznie na siebie. Bo z każdą chwilą okazywało się, że mamy sobie do powiedzenia coraz więcej i coraz bardziej nas interesuje to, co mamy sobie powiedzieć.
A potem, kiedy jechałem do domu, ta nazwa zaczęła we mnie rosnąć, zaczęła otwierać dawno już pozamykane szuflady, wyciągać z zakamarków sprawy, o których już dawno zapomniałem. I wiedziałem już, że choć czeka mnóstwo nowych i zupełnie najnowszych piosenek, całe stosy premierowych płyt, spory zestaw nieznanych jeszcze prawie nikomu debiutantów z festiwalu Eurosonic, ten wieczór będzie należał do White Rose Movement. Do zespołu, o którym zdążyłem całkiem zapomnieć, ale tego wieczoru wiedziałem, że należy mu się przypomnienie. To była grupa, która nazwę zaczerpnęła od organizacji ruchu oporu, stworzonej w faszystowskich Niemczech przez grupę młodych ludzi (ta historia opisana została w znakomitym filmie z Julią Jentsch w roli głównej), istniała sześć lat, między 2004 a 2010 rokiem, ale tak naprawdę należał do niej rok 2006, kiedy ukazały się jej najważniejsze single i jedyna w karierze płyta długogrająca, album „Kick”. Londyńczycy grali zaraźliwie przebojową muzykę, w której z jednej strony słychać było natychmiast nawiązania do klasyki nowej i zimnej fali (przecież linia basu w tym utworze to niemal dokładny cytat z Joy Division), z drugiej - porywające do tańca, w jakimś sensie niemal bezlitosne, rytmy.
Ale nie chodziło tylko o to. Kiedy po powrocie do domu słuchałem nagrań tego zespołu - już trochę jednak niedzisiejszych, już trochę jednak archaicznych, już trochę jednak pochodzących z innej epoki, nagrań, które udało mi się wygrzebać gdzieś z zakamarków twardego dysku, słuchałem też jednocześnie wspomnień, które nagle obudziły mi się w głowie, wspomnień z tamtego czasu, z roku, w którym słuchałem tego zespołu. Tych wszystkich historii z nocnych audycji w lokalnym studenckim radiu, w którym było mnóstwo miejsca na taką muzykę, tych wszystkich pierwszych festiwalowych wyjazdów, kiedy wszystko było takie nowe i takie świeże, tego całego życia, które wtedy miałem, zupełnie nie podejrzewając, w którą stronę ono pójdzie i że tak bardzo się zużyje, tak bardzo się zmieni, tak bardzo się zniszczy. Tych wszystkich spraw, które wtedy wydawały się zwyczajne, może nawet trochę nudne, a dziś okazuje się, że były takie ważne i tak głupio było pozwolić na to, żeby się rozsypały, rozjechały, rozmieniły na jakieś marne drobne. Tych wszystkich chwil, kiedy wszystko było takie łatwe, ale najtrudniej było to wtedy zrozumieć, a przede wszystkim docenić.
Przemysław Gulda