To jeden z najsmutniejszych polskich utworów ostatnich miesięcy, nagrany przez jeden z najbardziej obiecujących polskich zespołów tego sezonu. Ten zespół grywa głośno i oby o nim było głośno.

REKLAMA
A wszystko dlatego, że dałem się namówić. Bezmyślnie i bez śladu rozwagi. Chociaż przecież od samego początku, od pierwszej chwili powinienem wiedzieć, że to jest najgorszy pomysł, najgorszy plan, najgorsze rozwiązanie. Chociaż przecież od samego początku bezwzględnie powinienem poczuć, że to nie może się skończyć dobrze, że to nawet nie ma żadnych szans, żeby skończyć się jakoś zwyczajnie, nijako i neutralnie, powinienem poczuć, że to musi się skończyć absolutnie najgorzej. Najstraszniej, jak to tylko możliwe.
A jednak dałem się namówić. Kiedy teraz o tym myślę, nie mam absolutnie nawet najmniejszego skrawka pojęcia, jak to się stało, jak do tego doszło i co mnie skłoniło, żeby - udając jeszcze przed sobą, że się bronię, że choć trochę wiem, co robię - powiedzieć: „to chyba zły pomysł, ale skoro tak namawiacie...”.
Bo co? Bo myślałem, że będzie jak kiedyś, jak dawniej, jakby nic się wcale nie wydarzyło? Ale przecież jak mogłem nie pomyśleć o tym, że jednak wydarzyło się wszystko i teraz już nic, kompletnie i absolutnie nic nie będzie takie samo? Bo myślałem, że mam to wszystko już za sobą, że mam to wszystko w garści, że w ogóle mnie to już nie obchodzi? Że jestem w stanie ot tak, po prostu, sobie przyjść, sobie być, sobie normalnie, zwyczajnie funkcjonować? Kiedy teraz o tym myślę, dopiero teraz, przychodzą mi do głowy te wszystkie pytania, które zupełnie nie wiem czemu nie przyszły do mnie wtedy, nie zapaliły mi w głowie wielkiego czerwonego światła, nie pokazały gigantycznego znaku „stop”, nie zamknęły szlabanu, którego nie byłbym w stanie otworzyć, nie zwaliły się na mojej drodze potężną barykadą, zawalidrogą, której nie byłbym w stanie ani obejść, ani rozmontować. Te proste i oczywiste pytania: na jakiej podstawie? Z jakiego powodu? Na podstawie jakich przesłanek wydawało mi się choć przez chwile, że jestem do tego zdolny, że potrafię, że umiem, że podołam.
A skończyło się tak, że to, co miało być i pewnie mogło być jakimś nowym początkiem, okazało się boleśnie i całkiem niemiłosiernie ciernistym dalszym ciągiem czegoś, co za nic nie chce się skończyć. Bo boli podwójnie kiedy wieczór, podczas którego chciało się sobie przez moment udowodnić, ze stanęło się wreszcie na nogi, spędza się na kolanach. Spędza się na zimnej, gołej ziemi. Spędza się próbując jak najrozpaczliwiej zniknąć, rozpłynąć się, zmaleć, skurczyć się do rozmiarów brudnego małego kamienia na drodze, który ruszyć się może tylko wtedy, kiedy wbije się w podeszwę czyjegoś buta. Spędza się próbując jak najmocniej całkowicie już nie być, nie mieć na barkach tego wszystkiego, nie dźwigać już więcej ani jednej swojej winy, spędza się próbując to wszystko wypluć, wykaszleć, wyrzygać, pozbyć się z siebie, wydrapać, wyrwać, wyskrobać. Spędza się próbując jak najzajadlej uciec, umknąć, czmychnąć jak najdalej, schować się gdzieś za róg i odczekać chwilę, licząc naiwnie, ze zaraz zrobi się bezpiecznie.
I żadnym przecież pocieszeniem, żadną ulgą nie mogła być ta myśl, która cały czas, całą noc, kołatała mi się po głowie: że już nie można, że fizycznie nie da się rozpaść się na jeszcze mniejsze kawałki, nie da się jeszcze bardziej rozsypać, rozłożyć, rozkleić. Po prostu nie da.
I ta muzyka, dobiegająca ze sceny, była bardziej na miejscu niż jakakolwiek inna muzyka, bardziej na miejscu niż kiedykolwiek indziej. Ta muzyka, która kazała mi się w sobie zakochać od pierwszego usłyszenia, a potem iść za nią ślepo, gdziekolwiek ona szła, być z nią zawsze, kiedy tylko można było, być z nią wszędzie, gdzie się dało. Muzyka tego młodego trójmiejskiego zespołu, który wciąż jeszcze jest zupełnie poniżej zasięgu większości radarów, ale już niedługo, już lada moment powinien się objawić, powinien się pokazać, powinien się pochwalić. I jeśli z miejsca nie stanie się duży, to będzie to potworna niesprawiedliwość.
Przemysław Gulda