To jedna z najpiękniejszych piosenek o fizycznej stronie miłości, jaką udało mi się usłyszeć. Poruszająco prawdziwa, zdumiewająco mocna, a jednocześnie - w jakiś sposób dojmująco smutna.

REKLAMA
To była miłość od absolutnie pierwszego wejrzenia. Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych, których od zawsze bardzo ceniłem, którzy zawsze wywoływali we mnie mnóstwo mocnych emocji, którym zawdzięczałem niezliczone ważne chwile. Więc kiedy nas sobie przedstawili, od razu wiedziałem, że to może być ciekawa znajomość, od razu wiedziałem, że warto zwrócić na nią baczniejszą uwagę, od razu wiedziałem, że ten moment może być początkiem czegoś pięknego, choć nie mogłem jeszcze wtedy oczywiście wiedzieć czego. Ale od razu, natychmiast, bez chwili wahania, bez najmniejszych wątpliwości, zrozumiałem, że to coś ważnego. Że to coś głębokiego, inspirującego, przynoszącego bardzo wiele tego, czego chce się najbardziej. I tak rzeczywiście było.
Każde słowo, które usłyszałem dotykało najczulszych punktów gdzieś w środku mnie, każde spotkanie sprawiało, że najpierw za nic nie mogłem się go doczekać, potem chłonąłem każdą chwilę, każdy moment, każde wrażenie, każdy dźwięk i próbowałem trzymać je w sobie jak najdłużej, żeby nie uciekły, żeby nie zapomnieć ich tak długo, jak tylko się da, a na koniec, kiedy nieuchronnie następował ten moment, kiedy trzeba było się rozstać, za nic nie mogłem się z tym pogodzić, za nic nie mogłem zrozumieć, czemu tak musi być, czemu to trwało tak krótko i czemu na następną okazję trzeba będzie czekać tak dużo czasu.
I wtedy zostawały mi tylko wspomnienia, zostawało mi tylko odtwarzanie w pamięci tych wszystkich wspólnych momentów, przewijanie sobie w głowie filmu, na którym starałem się zapisać jak najwięcej szczegółów każdego kolejnego spotkania i starałem się robić to tak, żeby były one jak najbardziej kolorowe, jak najżywsze. I wtedy zostawało mi tylko uczucie na odległość, pielęgnowanie gdzieś w środku emocji, które musiały żywić się tylko jakimiś zastępczymi formami kontaktu, jakimiś namiastkami, oszukiwaniem samego siebie, w jakimś sensie może i pięknym, może i szlachetnym, ale jednak nie dającym prawdziwej radości, prawdziwej pełni, prawdziwego zaspokojenia.
Bo czy można je mieć bez tego, o czym jest ta piosenka? Bez tego momentu, kiedy mówi się sobie dobranoc i dokładnie wie się, że owszem, tak, to będzie dobra noc, ale jeszcze bardzo długo się nie zaśnie. Bez tego momentu, kiedy ma się wrażenie, jakby całe ciało brał we władanie jakiś paraliż, jakaś siła, która sprawia, że nie ma się nad nim już prawie żadnej kontroli. Bez tego momentu, kiedy wzrok ucieka gdzieś w przestrzeń, bo już wcale nie trzeba nawet patrzeć, bo nie trzeba już nic widzieć. Kiedy ma się wrażenie, że krew zaczyna krążyć tak szybko jak huragan, zrywający dachy i niszczący wszystko, kompletnie wszystko, na swojej drodze. Kiedy czuje się drżenie, bo to wszystko, co się dzieje, staje się takie oczywiste, staje się niezbędne, staje się tak podstawowe, jakby czytało się wersy z biblii, albo z jakiejś całkiem innej księgi, opowiadającej o tym, co najważniejsze i bez czego nie da się żyć. Kiedy wie się, że właśnie się umarło, że to właśnie była mała śmierć, ale że już za moment odżyje się całkiem na nowo i znów będzie można umrzeć, znów będzie można się rzucić prosto w śmierć. Nie można żyć bez tego wszystkiego, nie da się. Albo żyje się życiem zupełnie pustym, zupełnie jałowym, zupełnie nijakim i pozbawionym jakiegokolwiek sensu i celu. I cokolwiek by się w nim nie działo, nic nie chce cieszyć, nie chce się podobać, nic nie chce mieć żadnego znaczenia.
I może dlatego nie mogę przestać słuchać tej piosenki? Żeby chociaż trochę, chociaż przez te głupie prawie cztery minuty, być blisko tego wszystkiego, udawać, że się to czuje, udawać, że się jest tego blisko, skoro inaczej nie można. I może dlatego nie mogę przestać słuchać tego zespołu? Kilku brodaczy ze Szkocji, którzy właśnie wydali swoją kolejną, czwartą już płytę długogrającą, znakomitą płytę, zatytułowaną „Pedestrian Verse”, tak samo szczerą, jak poprzednie, tak samo mocną emocjonalnie, jak po przednie, a jednocześnie - o wiele niż poprzednie dojrzalszej. Ten album to kolejny ważny przystanek na drodze mojej fascynacji tym skromnym zespołem, wypełniony piosenkami, które choć trochę osładzają mi smutne momenty, pomiędzy kolejnymi spotkaniami z nim na koncertach.
Przemysław Gulda