To jest piosenka, słuchając której coraz trudniej jest uwierzyć, że po każdym upadku da się podnieść, że po każdym spaleniu na popiół da się jeszcze odrodzić, jak feniks.

REKLAMA
Umrzeć - tego nie robi się, kocie - pomyślałem, kiedy wszedłem do pokoju i zobaczyłem to, na co od jakiegoś czasu w pewien sposób czekałem, czego - wiedziałem - nie da się uniknąć, odłożyć na jeszcze później, od czego nie da się uciec. I oczywiście, że natychmiast zrobiło mi się bardzo źle i smutno, ale z drugiej strony, poczułem też coś na kształt pogodzenia się, coś na kształt ulgi nawet. Bo w gruncie rzeczy sam chciałbym tak umrzeć: doczekawszy się kogoś, na kogo czekałem przez kilka dni, w miejscu, które było przez wiele lat moim miejscem, wśród ludzi, którzy mnie kochali, albo przynajmniej zdążyli bardzo polubić, po długim, spokojnym, bezpiecznym życiu. Życiu pełnym czułości, pieszczot, drobnych radości i dobrych chwil.
Poczułem coś na kształt ulgi, ale tak bliski, tak bezpośredni kontakt ze śmiercią nie mógł mi przecież nie zostawić w głowie sporego bałaganu, nie mógł zostawić śladu, nie mógł zostawić dotykowej bruzdy. I szukałem jakiejś płyty, jakiejś piosenki, która pasowałaby do tej okazji, do tych myśli, do tych kilku najbliższych dni. I szybko znalazłem, wpadła mi w ręce przypadkowo, ale pasowała idealnie, bo byłaby znakomitym soundtrackiem do powolnego marszu pogrzebowego konduktu, odzianego od góry do dołu w czerń, rozpacz, bojaźń i trwogę, bo byłaby znakomitym soundtrackiem do sceny, w której z miną, po której widać od razu, jak bardzo jest się blisko płaczu, stoi się na krawędzi jakiejś przepaści, przy barierce jakiegoś najwyższego w okolicy mostu, na jakiejś sielskiej do przesady łące i rozsypuje się czyjeś prochy, widząc już dokładnie i bezsprzecznie, że to jest właśnie ten moment, w którym po powstaniu z prochu następuje nieodwracalne i bezwzględne obrócenie się w proch i zdecydowanie nie ma co liczyć na to, że z tych popiołów powstanie jeszcze jakiś feniks.
Lady Lazarus, która tak naprawdę nazywa się Melissa Ann Sweat, wzięła swój pseudonim z wiersza Sylvii Plath, w którym pisze ona w jakimś sensie o tym, że coś, co nie zdołało jej zabić, tylko ją wzmacnia i o tym, że każda kolejna próba samobójcza jest właśnie spalaniem się na proch, z którego potem można się odrodzić. Choć Sweat pochodzi z miejsca, o którym żaden szanujący się dziennikarz nie wspomni, nie dodając przymiotnika „słoneczna”, czyli z Kalifornii, jej twórczość jest tak mało słoneczna, jak to tylko możliwe. Tak gęsta od zamienionej na powtarzające się transowo minimalistyczne frazy melancholii, że najmniejszy promień światła nie zdołałby się przez nią przedrzeć. Tak mroczna, że tytuł jej najnowszej płyty: „All My Love In Half Life” jest stanowczo zbyt optymistyczny - tu nie ma miejsca na żadne stłumione światło, tu nie ma miejsca na jakiekolwiek półcienie. Jest tylko absolutna ciemność, jest tylko dźwięk pianina, brzmiący jakby nagrany został w jakiejś opuszczonej już przez wszystkich ludzi, wszystkich świętych i wszystkich bogów katedrze, która nie ma już nawet kogo przerażać swoją monumentalną potęgą, w której nie słychać już niczyich kroków na kamiennych płytach posadzki, w której nie ma już żadnego śladu życia, a czaszki wyryte na nagrobnych kamieniach tych, którzy spoczywają pod podłogą, stały się nie tyle przypomnieniem o śmierci, ale jej bezwzględną i nieodwołalną zapowiedzią. I jest jeszcze tylko głos tej młodej wokalistki. Zimny i mocny, szorstki, choć nie pozbawiony drobnych skrawków czułości, pełen dystansu, choć jednocześnie na swój sposób delikatny i poruszający.

Lady Lazarus, żeby sprawić, że jej muzyka ociera się o granice smutku absolutnego, używa tak minimalistycznych środków, jakby w ogóle ich nie było, jakby nagrała na płytę sam smutek w krystalicznej, laboratoryjnie spreparowanej postaci. Nie całe trzy kwadranse z jej albumem mogą sprawić, że nawet jeśli komuś zdawało się, że na świecie jest jeszcze jakiś cień miłości, choćby nawet tkwiący gdzieś w półmroku, to poczucie natychmiast minie. I nie zostanie już najmniejszy ślad nadziei, Łazarz wstając potknie się niezdarnie i upadnie na ziemię, żeby już się z niej nie podnieść, a ognisty feniks spali się we własnym płomieniu na marną stertę całkiem czarnego popiołu. I kiedy wszystko wokół umrze już na dobre, zastygnie na zawsze w pozycji, która tylko z pozoru przypominać będzie tą, w której się rodziło, z grymasem, w którym bardzo będziemy chcieli zobaczyć ostatni uśmiech, coś w głowie powie nam: „wstań”. I będziemy musieli się podnieść, zbudować na nowo z popiołów i próbować sobie wmówić, że to wszystko nas przecież nie zabiło. I że to wszystko nas przecież tylko wzmocni.