To jest jedna z najlepszych piosenek na pożegnanie. Na razie, na chwilę, na dłużej, może na zawsze. Na tak długo, jak to będzie potrzebne.
REKLAMA
To jest piosenka dla tych wszystkich przyjaciół, którym można powiedzieć wszystko, nawet to, czego nie chciało się powiedzieć samemu sobie, przyznać się do tego, do czego za nic nie chciałoby się samemu sobie przyznać. Dla tych wszystkich przyjaciół, z którymi spędzało się od zawsze te wszystkie długie godziny, podczas których nie działo się kompletnie nic, a świat nie miał zupełnie nic do zaoferowania. Te niekończące się, brudne od błota, tłustego kurzu i zgrzytającego w zębach piasku, popołudnia, podczas których patrzyło się wokół z jakąś resztką wiary, z jakimś ostatnim posmakiem nadziei i jakimiś nędznymi strzępami miłości i kiedy to wszystko powoli umierało, rozsypywało się na drobne kawałki, które nijak nie chciały do siebie pasować. I zostawały już tylko coraz bledsze wspomnienia, tak odległe, że trudno było w nie uwierzyć, a co dopiero się ich chwycić. Jakieś ślady tamtych przeżyć, kiedy się jeszcze wierzyło, że kiedyś świat będzie się miało u stóp, że wszystko jest możliwe, że wszystko nie tylko może, ale przecież kiedyś w końcu musi się zdarzyć. Ślady tych wszystkich dzikich nocy, wypełnionych niewinną i naiwną beztroską, wypełnionych głośną muzyką, która wciąż jeszcze tyle znaczyła i była lekcją o wiele ważniejszą niż to wszystko, co słyszało się w kolejnych szkołach, wypełnionych tym wszystkim czego potem, kiedy było już zdecydowanie i bezlitośnie za późno, miało się żałować.
I kiedy dochodzi się do trudnego i boleśnie wbijającego się pod paznokcie wniosku, że nic nie wyjdzie z tych wszystkich planów, pisanych kijem po odsłanianym przez fale tylko na moment piasku, że nic się już nie może wydarzyć w tym mieście, którego nie da się wyrwać z siebie, niezależnie od tego, jak mocno chciałoby się to zrobić, kiedy uświadamia się sobie, że to wszystko, co się w nim przeżyło nie ma już absolutnie żadnego znaczenia i sprawiło tylko, że jest się tylko nieczułym już kompletnie na nic wrakiem, nie zostaje nic innego jak uciec. Jeszcze bardziej i jeszcze dalej niż dotąd. Zostaje już tylko zapytać, czy ktoś zna jakąś najszybszą i najpewniejszą drogę. Zostaje już tylko upchnąć kilka rzeczy do jakiejś torby, upchnąć wszystkie resztki wspomnień gdzieś na samo dno głowy. Zostaje już tylko usiąść za kierownicą i włączyć najgłośniej jak się da muzykę, dokładnie tą, której słuchało się kiedyś, kiedy jeszcze coś znaczyła, kiedy jeszcze się z czymś wiązała i kojarzyła, a potem ruszyć przed siebie.
I to właśnie robię. Bo co innego mogę zrobić w tej sytuacji, kiedy nic się już nie chce kleić, nic już nie chce do siebie pasować. Kiedy chciałbym być blisko, a nie mogę, kiedy chciałbym pomóc, a nie mam jak, kiedy chciałbym, żeby to, co czuję miało jakiś sens, a nie ma nawet śladu. I żegnam się piosenką zespołu, który bardzo długo był bardzo blisko, ale wciąż nie chciałem go dostrzec, który cały czas czekał na swój moment, choć przecież nie było wiadomo, czy on kiedykolwiek nastąpi, który był jak jakaś gorsza opcja, której nie brało się pod uwagę, poświęcając cały swój czas i uwagę opcjom lepszym. Aż wreszcie nadszedł ten czas, kiedy okazało się, że prawie nie mogę bez niego żyć, że każdy dzień bez niego jest jakiś pusty i zimny, że wracam do niego przy każdej możliwej okazji i zawsze dostaję w zamian dużą porcję mocnych, gorących uczuć.
Pierwszy raz posłuchałem trzeciej płyty tych amerykańskich punków zaraz, kiedy tylko się ukazała. Posłuchałem i odłożyłem na półkę, mocno zafascynowany wówczas zespołem The Gaslight Anthem, którego The Menzingers wydali mi się tylko bledszą kopią, brzydszą siostrą, tą mniej atrakcyjną przyjaciółką, która zawsze jest obok i nie może się przebić przez blask tej ładniejszej i bardziej spektakularnej koleżanki. Ale kiedy wróciłem do tej płyty i jeszcze raz przesłuchałem „On The Impossible Past”, okazało się, że nie mogę się od niej oderwać, że znam ją na pamięć, że wciąż odkrywam kolejne perełki, które się na niej kryją.
I do teraz nie mogę odżałować tej okazji, żeby zobaczyć ten zespół na żywo, która przeszła mi koło nosa, bo wtedy tak niewiele jeszcze dla mnie znaczył. To było w Berlinie, kilka miesięcy temu. Pojechałem tam zobaczyć występ grupy Apologies, I Have None, która wtedy i teraz jest dla mnie bardzo ważna. Ale po jej koncercie ktoś rzucił hasło: „dziś grają tu The Menzingers, może pojedziemy ich zobaczyć”, ale uznaliśmy, że nie warto, że lepiej posiedzieć, pogadać, pochodzić razem po mieście. Dziś nie wierzę, że tak mogło się stać. I tym bardziej ucieszyła mnie informacja, że będę miał okazję zobaczyć ten zespół na żywo - właśnie okazało się, że grupa wystąpi na festiwalu w Jarocinie. I już się nie mogę doczekać. A na razie: „zbieram się, żeby przez jakiś czas włóczyć się po świecie”. Do widzenia, przyjaciele.
