To jest piosenka, która przypomniała mi bardzo wyraźnie, że niezależnie od tego, jak mocno życie utknęło w jakimś martwym miejscu, zawsze można uciec tam, gdzie nie trzeba o tym pamiętać.
REKLAMA
Nie widzieliśmy się bardzo długo, całymi tygodniami, miesiącami nawet. Ale wcale nie było tak, że o sobie zapomnieliśmy. Wracałem do tej znajomości co jakiś czas, przypominałem sobie o niej i przypominałem sobie z wielką przyjemnością jak mocno na mnie działa, jak bardzo potrafi mnie porwać, uwieść i zabrać - chociaż na chwilę - w miejsce, w którym nie warto niczym się przejmować, o niczym pamiętać, czegokolwiek się bać. W miejsce, w którym można się całkowicie zapomnieć.
I tak właśnie było, kiedy zobaczyliśmy się kolejny raz, po tej długiej przerwie. A przecież jeszcze chwilę wcześniej byłem święcie przekonany, że już nic nie jest w stanie mnie porwać, że już nic nie jest w stanie mną poruszyć, że już nic nie jest w stanie przedrzeć się na drugą stronę mojego zawodowego zdystansowanego chłodu, który coraz rzadziej pozwala na to, żeby poczuć ciarki na plecach z jakiegokolwiek powodu. A tym razem je poczułem. I nie wiem do końca dlaczego, albo raczej wiem, że to był zbieg kilku bardzo pozytywnych okoliczności, nałożenie się paru przyczyn, niby nie znaczących aż tak wiele, a jednak składających się wspólnie na całość, która potrafi choć na chwilę skierować życie na zupełnie inny tor, niż ta zepsuta zwrotnica z opuszczonym na zawsze i bez litości semaforem, po której ostatnio się poruszam.
Bo byłem na festiwalu, bardzo daleko - całkiem dosłownie, ale i oczywiście w jak najbardziej wieloznacznej przenośni - od zwyczajnego, codziennego życia. Bo byłem w miejscu, w którym nie byłem nigdy wcześniej, a które pojawiało się nie raz w moim życiu w najróżniejszych kontekstach. Bo wreszcie, to niby drobiazg, ale przecież całkiem ważny, po czterech miesiącach uporczywej, zajadłej zimy, mrozu od którego pękały wargi i bolały palce, sopli, które spadały z dachów i roztrzaskiwały się pod nogami w banalnie, nieznośnie symboliczny i znaczący sposób, zasp, zamieci i zawiei, skazujących na ciągłe chodzenie z pochyloną głową, przymkniętymi oczami i zaciśniętymi tępo ustami, nagle znalazłem się w miejscu, gdzie było lato. W miejscu, gdzie można było chodzić w koszulce z krótkim rękawem, wystawiać twarz do ciepłego słońca, siedzieć godzinami na krawężniku, albo choćby nawet na bezwstydnie gołej ziemi.
I to wszystko połączone razem sprawiło, że kiedy tylko zabrzmiały pierwsze dźwięki zagrane przez tę trójkę muzyków z Portland, którym kibicuje niemal fanatycznie od samego początku ich działalności, na których każdą kolejną płytę czekam z wielką niecierpliwością, na których koncerty wybieram się tak często, jak tylko jestem w stanie, natychmiast wysunąłem się ze swojego kokonu i stanąłem obok. I zacząłem się bawić, jakbym znowu miał szesnaście lat, skakać jak nastolatek na swoich pierwszych koncertach, tak jakbym nie miał w sobie przez tych kilka minut ani trochę tego zgorzknienia, cynizmu i dystansu, którym obrosłem przez te wszystkie lata. I wykrzykiwałem razem ze wszystkimi kolejne refreny, i trzymałem w górze wyciągnięty palec, i obijałem się radośnie o wszystkich dookoła, dając im się równie ochoczo obijać o siebie. I nie wierzyłem do końca, że to robię, że to się dzieje naprawdę.
Ten singel ujrzał światło dzienne kilka dni wcześniej. I bardzo mnie ucieszył. Bo jest dokładnie taki, jaki zawsze był ten zespół i cała jego twórczość: prosty, surowy, szczery, wpadający w ucho od razu, przebojowy tak bardzo, że nie sposób mu się dać omamić. Ten zespół do tej pory nie pisał innych utworów, ale nad takimi sytuacjami zawsze wisi cień wątpliwości: a może tym razem się nie uda, może tym razem im nie wyjdzie, może tym razem moi ulubieńcy wydadzą płytę, za którą będę się musiał wstydzić? Może. Pierwszy singel z nowego albumu uspokaja i daje nadzieję, że nie ma się czego obawiać. Ten koncert też ją dawał.
A wtedy, na festiwalu, kiedy pierwszy raz usłyszałem tę piosenkę na żywo, czułem, że to jest właśnie ten moment, w którym udaje mi się choć na drobną chwilę odkleić od rzeczywistości i od samego siebie i być zupełnie gdzie indziej. Z jednej strony bardzo się ucieszyłem z tego, że wciąż jeszcze jestem do tego zdolny i że czasem to jeszcze potrafię. Z drugiej - dość mocno dało mi do myślenia to, że potrafi to ze mną zrobić już chyba tylko muzyka. Ale może dobre i to.
