To jest piosenka o tym, co próbuję sobie wbić do głowy od jakiegoś czasu. I czasem nawet udaje mi się przez chwilę w to uwierzyć.
REKLAMA
Może trochę tak jest, że muzyki powinno się słuchać tam, gdzie powstawała, tam, gdzie dzieją się historie opowiadane w jej tekstach, tam, gdzie jest to wszystko, do czego się odnosi. Tak było chyba z najnowszą płytą Phospohorescenta, która trafiła do mnie kiedy jeszcze byłem w miejscu, gdzie leży śnieg, a mróz zabija dużą część radości z robienia czegokolwiek, każdemu kto nie jest już dzieckiem. Posłuchałem jej dwa, może trzy razy i poczułem, że to jakoś nie jest ten moment, że jakoś nie ma chemii między nami, że muszę jej chyba dać trochę czasu.
Trochę mnie to zaniepokoiło, bo przecież lubię i szanuję tego artystę od zawsze, od pierwszego wejrzenia, od pierwszego usłyszenia, od tego dnia, kiedy trafiłem na jego koncert absolutnie przypadkiem, pewnie z dziesięć lat temu. Od tego dnia, kiedy stanął na scenie zupełnie sam, ze swoją gitarą akustyczną, kamerą pogłosową, długą brodą, zasłaniającą całkiem jego młodą przecież w gruncie rzeczy twarz. Od tego dnia, kiedy swoim poruszająco smutnym głosem zaczął śpiewać te wszystkie swoje piosenki o tym, jak bardzo się boi, jak bardzo nie może się odnaleźć, jak bardzo nic nie chce się ułożyć. I od tego dnia wiedziałem, że to będzie ktoś bardzo dla mnie ważny, ktoś w czyje słowa będę się wsłuchiwał z uwagą, ktoś od kogo nauczę się wielu rzeczy, ktoś kto wywoływać będzie we mnie najistotniejsze i najprawdziwsze emocje. I tak rzeczywiście było. Każda kolejna płyta, każdy kolejny koncert, każda kolejna okazja, żeby być blisko tego, co robi, zawsze przynosiły mi wiele mocnych wrażeń, wiele ważnych momentów. Więc wiedziałem, że nie inaczej będzie z tym najnowszym albumem. Muszę tylko dać mu trochę czasu. Albo posłuchać go w zupełnie innym miejscu, innym czasie, innym momencie, po zupełnie innej stronie mojego życia.
I rzeczywiście. Zadziałało. Najpierw zobaczyłem go na scenie, pierwszy raz od wielu miesięcy. I już samo to było mocnym impulsem, który obudził dawne emocje wobec jego muzyki i tego, co miał w niej do powiedzenia. A potem wszystko działo się już samo: wróciłem do tej płyty, słuchając jej tak, jak powstawała i niedaleko stamtąd, gdzie się urodziła, podczas samotnych spacerów po meksykańskim pustkowiu, które dla tego nowojorskiego artysty stały się sposobem, żeby się otrząsnąć ze wszystkich złych emocji, z trudnych wspomnień, z bolesnych przeżyć.
Więc chodziłem samotnie po rozgrzanym prawie do czerwoności asfalcie, prowadzącym prawie donikąd, przez prawie największe pustkowia świata i prawie wierzyłem w te wszystkie słowa. W słowa tej właśnie piosenki, chyba najmocniejszej emocjonalnie na tej płycie, choć przecież tak wyciszonej i delikatnej. Prawie dawałem się przekonać Matthew Houckowi, kiedy mówił, że choćby nie wiadomo jak bardzo mocno próbował, w życiu wcale nie chciało być tak, jak wcześniej mówił Johnny Cash, że miłość to ogień. Albo że może raczej to ogień który trawi tak bardzo, że człowiek staje się kimś, kogo sam nie może rozpoznać. Ogień, który sprawia, że leży się z twarzą przy ziemi, że w zębach zgrzytają ziarna piasku, że na własne życzenie zamyka się w klatce. Prawie dałem się przekonać Houckowi, że miłość jest jak zabójca, który wychodzi ze złego snu, bo ile razu przecież uciekałem przed złymi i najgorszymi snami, chociaż wiedziałem aż za dobrze, że przecież nie ma jak, nie ma gdzie, nie ma po co uciekać. Cały czas bardzo nie chciałem w to wszystko wierzyć, choć przecież doskonale wiedziałem, znakomicie rozumiałem, wyraźnie czułem, jak bardzo ma rację, jak idealnie trafia w punkt.
I nie mogę tylko, cały czas jeszcze nie chcę, cały czas bronię się przed tym zajadle, zacięcie, zagorzale, żeby dać się przekonać co do tego, co mówi Houck w jednej ze zwrotek tej piosenki. Cały czas nie czuję, że jestem w stanie tak powiedzieć, że nie jestem w stanie tak zrobić, że nie jestem w stanie stanąć po tej stronie. To wtedy, kiedy zapewnia, że już nie pozwoli nikomu zobaczyć, jak upada, zobaczyć z jak wielkim trudem udaje mu się stać. A jeszcze bardziej wtedy, kiedy mówi: „nie jestem złamany, nie jestem pokonany, nie będę leżał w ciemności i czekał na ciebie”. Tego ostatniego cały czas nie potrafię powiedzieć. I nawet chyba nie chcę potrafić. I wciąż jeszcze nie jest tak, nie do końca jest tak, że „moje serce jest złote, a moje stopy - takie lekkie, przez całą noc śpieszę przez pustynię”. Moje serce nie jest złote, moje stopy są coraz cięższe i śpieszę przez pustynię całymi nocami, całymi dniami, tylko zupełnie nie wiem po co, dokąd i dlaczego. I na te pytania Houck nie potrafi mi odpowiedzieć, na te pytania odpowiedzi muszę znaleźć sam, zupełnie sam. Ale na razie śpieszę przez pustynię, bo czuję, że nawet nie mając pojęcia, jak odpowiedzieć na te wszystkie pytania, jest mi z tym chociaż w jakiś sposób lepiej.
