To jest piosenka tak pełna desperacji, jak ocean, który zdaje się nie mieć końca. I rzeczywiście go nie ma.
REKLAMA
To był ten moment, ten kolejny trudny moment, kiedy po trzech tygodniach wyrwania z kolein, ucieczki, przeniesienia się gdzieś w zupełnie inny świat, bycia pod ciągłą, nieświadomą, ale bardzo czułą, ciepłą i skuteczną opieką, nagle znów musiałem sam sobie radzić ze wszystkim, nagle znów musiałem stanąć w miejscu, w którym wszystko się zaczęło, a właściwie wszystko się bezpardonowo, gwałtownie i definitywnie skończyło. Znów musiałem sprawdzić, czy jestem w stanie stanąć o własnych siłach, nawet jeśli to stanie miałoby być zupełnie niepewne, chybotliwe, a może nawet trochę udawane. A już na pewno pełne desperacji. Desperackiej próby uwierzenia sobie samemu, uwierzenia w to wszystko, o czym wiedziałem, że wcześniej czy później muszę to przyjąć do wiadomości, zaakceptować, może nie zrozumieć, bo zrozumieć się pewnie nie da, ale poczuć.
I poczułem się dokładnie tak jak w tej piosence: najpierw ta cała historia, której w żaden sposób nie dało się przewidzieć, w której nikt nie miał wcześniej napisanej roli, w której wszystko działo się na gorąco i całkowicie spontanicznie. A potem, kiedy to się skończyło, nagle ta myśl, że przecież wszystko się kończy, że przecież każde życie w którymś momencie po prostu przestaje istnieć.
A potem stałem już tylko na jakimś bezimiennym placu, w jakimś całkowicie bezimiennym mieście, a może na wszystkich placach, wszystkich miast tego świata, stałem wszędzie i nigdzie, stałem gdziekolwiek, stałem i czekałem, żeby świat zabrał mnie gdziekolwiek. I chociaż bałem się śmiertelnie, pierwszy raz od tak dawna - choć przecież nie od pięciu lat, pięć lat wydaje mi się tak odległe, że absolutnie niemożliwe, że w ogóle nie istniejące, że leżące gdzieś, za jakąś granicą, której wciąż nie jestem w stanie w żaden sposób przekroczyć - pomyślałem o tobie i o tym, co się właściwie z tobą stało. I musiałem wtedy krzyczeć głośno, najgłośniej jak potrafiłem, tak głośno, żeby zagłuszyć wszystko inne, żeby niczego nie było słychać, żeby żadna inna myśl, żaden inny pomysł nie zdołał się przedrzeć przez ten krzyk, że kocham swoje życie.
I wiedziałem aż za dobrze, jak bardzo droga do mojego nabrzmiałego serca pełna jest dziur, nierówności, przeszkód które rzucałem pod nogi zanim jeszcze ktokolwiek się na niej pojawił, żeby mieć całkowitą pewność, że jeśli nawet kiedykolwiek się pojawi, to na pewno nie przejdzie, to na pewno się nie przedostanie, na pewno nie zdoła się przedrzeć. I czułem coraz bardziej, bardziej niż kiedykolwiek, że gdzieś w środku mnie są jakieś rozległe połacie, że rosną tam kwiaty, że płyną tamtędy rzeki, które prowadzą do oceanów, zupełnie nie mających końca. I wiedziałem, że to się ciągle nie kończy, że to się może nie skończy nigdy, niezależnie od tego, jak daleko chciałbym, jak daleko mógłbym uciec, niezależnie od tego, jak bardzo zagłębiłbym się w jakieś zupełnie inne życie, jakieś zupełnie inne sprawy, jakiś zupełnie inny świat. Nawet ten, w którym panuje nieustająca gorączka, wtedy, kiedy wszystko inne ciągle jest w kleszczach śmiertelnego i odbierającego wszelką nadzieję mrozu.
I to nie był pierwszy moment, to nie był pierwszy raz, kiedy tak bardzo o moim życiu była piosenka tego muzyka, Wesleya Eisolda. Artysty, z którym pierwszy raz zetknąłem się całe lata temu, choć wtedy jeszcze zupełnie nie wiedziałem, że to on i że będzie powracał do mnie co i rusz i mówił mi rzeczy co najmniej godne uwagi i zastanowienia się, jeśli nie wręcz dobre rady, których już dawno powinienem posłuchać. Byłem wtedy zupełnie młody, strasznie głupi i całkiem zagubiony. I on też sprawiał takie wrażenie. I obaj znaleźliśmy na to prosty sposób: ostrą, dla wielu wręcz nieludzką muzykę - w jego przypadku były to płyty zespołów Give Up The Ghost i American Nightmare. I kiedy myślałem, kiedy byłem wręcz całkowicie pewien, że już nigdy nie powróci do mojego życia, kiedy już zupełnie nie byłem młody, ale wciąż byłem tak samo głupi i równie zagubiony jak dawniej, znów się pojawił, tym razem na czele zespołu Cold Cave. Zespołu, który nieustannie zmienia skład, nękany jest najróżniejszymi problemami, ale wciąż trwa, oparty tylko i wyłącznie na uporze, desperacji i zaciętości swojego lidera. I nagrywa kolejne płyty, napędzane właśnie przede wszystkim uporem, desperacją i zaciętością, uporu, desperacji i zaciętości pełne. I pełne słów, które czasem zdają się idealnie pasować do mojego życia i tego, co mnie w nim spotyka. Tak jak teraz, kiedy dotarło do mnie, że znów stoję nad brzegiem oceanu i znów nie widzę drugiego brzegu i nie mam zielonego pojęcia, czy on w ogóle jeszcze istnieje i czy mam choćby najmniejsze szanse, żeby tam dopłynąć.
