To najdłuższa piosenka z płyty o najdłuższym bodaj tytule w Polsce. A zarazem - jeden z najsmutniejszych utworów na rodzimej scenie alternatywnej ostatnich kilku lat.

REKLAMA
Choć za oknem definitywna wiosna, która może wreszcie sprawi, że skończy się wyjątkowo długi w tym roku emocjonalny listopad, ale dziś chcę jeszcze na chwilę wrócić do piosenki, która bardzo pomogła mi ów listopad przetrwać, kojąc rozedrgane do łez uczucia.
Piosenki z bardzo niedocenionej, a niezwykle ciekawej płyty, drugiego wydawnictwa firmowanego przez śląską formację Keira Is You, opatrzonego dość zawrotnym, ale przecież bardzo mocno dającym do myślenia tytułem: „One of those things that you do once in a lifetime and hopefully learn a lesson from”.

Bo tak jak mocno chciałem wyciągnąć jakąś lekcję z tego wszystkiego, od czego zaczęła się dla mnie ostatnia jesień, tak często wracałem w ciągu ostatnich kilku miesięcy do tego utworu i do całej tej płyty. Dziś jest znakomity powód, żeby przypomnieć o tej formacji - jest właśnie na swej kolejnej europejskiej trasie koncertowej, a w niedzielę zagra jedyny w jej trakcie polski koncert - w gdyńskim klubie Desdemona.
Pomijając fakt, jak ciekawy i wciągający jest sam ten utwór, znakomicie zbudowany na narastającym napięciu, na umiejętnym przeplataniu fragmentów wyciszonych do granicy szeptu i potężnych wybuchów dźwiękowej i emocjonalnej desperacji, nie ukrywam, że mam sentyment do tej grupy.
Wszystko zaczęło się jeszcze w latach 90-tych, kiedy penetrując obrzeża sceny niezależnej trafiłem na szwedzką formację Leiah, grającą muzykę bardzo odbiegającą od tego, co na tej scenie wówczas królowało - pełen liryzmu i zamkniętych w gitarowych riffach uczuć emo-core. Twórczość tej grupy spodobała mi się do tego stopnia, że swego czasu przejechałem autostopem pół Europy, żeby zobaczyć ją na żywo na jednym z niezależnych festiwali. Potem udało mi się jeszcze złapać ją na - bodaj jedynym - polskim koncercie w jakimś kameralnym wręcz do przesady klubie we Wrocławiu.
Po kilku latach usłyszałem polski zespół Hariasen, który z miejsca przypomniał mi fascynację grupą Leiah - grał bardzo podobną muzykę, bazował na bardzo podobnych emocjach, ba - bardzo podobni, czysto fizycznie, byli nawet liderzy obu formacji. Hariasen, mimo, że grał bardzo poruszającą muzykę, a może właśnie dlatego, nie spotkał się z jakimś szczególnie ciepłym przyjęciem przez polską publiczność i dość szybko zniknął. Ale jego muzycy przygotowali następny projekt: dużo bardziej dojrzały muzycznie, dużo bardziej oryginalny, przesunięty w stronę czerpiącego z emo-core’a post rocka.
To właśnie grupa Keira Is You, którą obserwuję od samego początku i po której bardzo dużo sobie obiecywałem. Jej ubiegłoroczna epka te obietnice zrealizowała w pełni.
Dlatego już się nie mogę doczekać jej niedzielnego koncertu.