To dla mnie piosenka pełna sprzeczności. Z jednej strony o dawaniu drugiej szansy, z drugiej - o tym, że nie da się wrócić tam, gdzie się było. I o zastanawianiu się, jak to ze sobą połączyć.
REKLAMA
Lubię takie sytuacje. Lubię i cieszę się, że wciąż są. Sytuacje, w których wydaje się, że wszystko jest jasne, że zna się odpowiedzi na wszystkie pytania, że poukładało się sobie cały świat, tak żeby wszystko w nim pasowało i żeby wszystko było na miejscu, ale nagle okazuje się, że to wszystko jest kompletnie nic nie warte, że w najmniejszym stopniu nie miało się racji, że od samego początku wszystko budowało się na chyboczących się i całkowicie pozbawionych stabilności fundamentach, budowało się na dodatek z całkiem pustych w środku cegieł. I że cała ta konstrukcja, która tylko z pozoru wydawała się trwała i stabilna, jednym ruchem rozbija się jak domek ze znaczonych, wyciągniętych z rękawa kart: tej, na której Joker uśmiecha się w tak śmiertelny sposób, że wiadomo, że nie może to znaczyć nic dobrego, tej, na której zmęczony król nagle i całkiem bezapelacyjnie abdykuje i odchodzi nie wiadomo dokąd, tej, na której zdesperowana królowa krzyczy już tylko, coraz bardziej przekonana o swojej bezradności: ściąć go, ściąć ją.
Lubię takie sytuacje, nawet jeśli czasem wydają się bolesne i bezlitosne, rozbijając spokój, odbierając stabilizację i potrząsając do głębi wszystkim, co wydawało się ważne, ale potrząsając tak, że z gałęzi sypią się na ziemię dojrzałe i te jeszcze tylko trochę kwaśne owoce. A potem można usiąść na ziemi i pozbierać je wszystkie do jakiegoś dużego kosza i zacząć wszystko od nowa. Lubię takie sytuacje, bo dzięki nim nie stoi się w miejscu, nawet jeśli to miejsce wydawało się wyjątkowo przytulne, ciepłe i takie, z którego nie chciałoby się już za nic ruszać. Lubię takie sytuacje, nawet jeśli zdaję sobie sprawę bardzo mocno z paradoksu jaki w nich tkwi.
To było w jakimś tanim motelu, gdzieś między miastami, o których do tej pory oglądaliśmy tylko filmy, które do tej pory znaliśmy tylko z doniesień prasowych, w których działa się akcja kilku naszych ulubionych powieści, z których pochodzą zespoły, które lubiliśmy od zawsze. Leżeliśmy w łóżkach, choć wiedzieliśmy przecież aż za dobrze, że to jeszcze zdecydowanie nie jest ten moment, w którym chcemy się w nie zapaść i przez kilka godzin móc sobie pozwolić na to, żeby nie obchodziło nas zupełnie nic i nikt. I wtedy nagle pojawiła się ta płyta. Trochę niespodziewanie, bo nie przewidywaliśmy, że znajdzie nas tak szybko, choć wiedzieliśmy przecież aż za dobrze, że już jest, że jest blisko. \
I może trochę się jej baliśmy, może trochę spodziewaliśmy się, że może nam się nie spodobać. Bo przecież zawsze tak jest z płytami, na które bardzo się czeka, z płytami zespołów, które znaczą albo przynajmniej znaczyły bardzo dużo, które tworzyły soundtrack do jakiś ważnych wydarzeń w życiu. A z tym zespołem przecież było właśnie tak. Właściwie dla każdego z nas, tej nocy, w tym pokoju motelowym z widokiem na nigdzie, z lustrami, które widziały już tyle filmowych scen, z biblią w szufladzie tuż przy łóżku, na wyciągnięcie ręki. To przecież właśnie ten zespół w jakimś sensie brzmiał wtedy, kiedy pierwszy raz poczuliśmy, że jesteśmy dorośli, kiedy pierwszy raz poczuliśmy, że robimy coś ważnego, kiedy pierwszy raz poczuliśmy, że coś się skończyło tylko po to, żeby zaraz mogło się zacząć coś zupełnie innego i pociągająco nowego. To właśnie ten zespół wracał potem w różnych momentach, dorastał z nami, dojrzewał, jego piosenki coraz bardziej przestawały być podkładem do beztroskiej zabawy, stając się z każdym rokiem przyczynkiem do zabawy w towarzystwie rosnącej liczby trosk. Ten zespół i jego upadki towarzyszył wszystkim naszym upadkom, ten zespół i jego wzloty, towarzyszył temu, co nam się wydawało wzlotami, choć zaraz potem żałowaliśmy swojego niepoprawnego optymizmu.
Więc zaczęliśmy słuchać tej płyty z niepokojem i obawą, z narastającą potrzebą, żeby ta płyta trafiła w ten czas, który przeżywaliśmy, żeby okazała się dobrym podkładem do tych wszystkich emocji, które w sobie nosiliśmy, nawet jeśli dla każdego z nas to były zupełnie różne emocje. I zawiedliśmy się potwornie. Zawiedliśmy się prawie śmiertelnie. I z każdym dźwiękiem nabieraliśmy pewności, że obrazimy się na ten zespół już na zawsze i już nigdy nie damy mu szansy wypełniać swoją muzyką ważnych momentów naszego życia, a przynajmniej tych momentów, które przez moment zdawały nam się ważne. I nigdy nie chcieliśmy już wracać do tej płyty.
Ale jednak wróciłem do niej oczywiście. Kilka dni później, sam, w tym miejscu, do którego wracam zawsze, nawet jeśli często wydaje mi się, że nie będę mógł do niego wrócić już nigdy, że już temu nie podołam i się na to nie zdobędę, w miejscu, które widziało mnie we wszystkich chyba możliwych stanach: od skrajnej, pozbawionej oczywiście jakichkolwiek podstaw, euforii do najgłębszej rozpaczy, w miejscu, w którym powstała ta płyta i wszystkie inne płyty tego zespołu, co bardzo mocno na nich przecież słychać. I wtedy coś zadziałało. Coś, co sprawiło, że nagle ta płyta pokazała mi się w zupełnie innym świetle, w zupełnie inny sposób. I zakochałem się w niej bez pamięci. I nie mogłem się od niej oderwać. Od niej całej i od tej piosenki, chyba najsmutniejszej, którą ten zespół kiedykolwiek nagrał. I nie mogłem się nadziwić jak łatwo było rozbić domek z kart, który sobie zbudowałem wokół niej po pierwszym przesłuchaniu. I uświadomiłem sobie, jak bardzo lubię takie sytuacje.
