To jest piosenka, to jest płyta, słuchając której nie mogę przestać myśleć o tym, w jakim miejscu byłem poprzedniego lata. I o tym, że nie ruszyłem się z niego ani na krok.
REKLAMA
To był ten moment, którego dawno nie przeżyłem, na który czekałem od dawna i przestawałem już wierzyć, że kiedykolwiek się zdarzy. Przesłuchiwałem setki nowych płyt, obsesyjnie, kompulsywnie, wiedząc, że tak naprawdę nie mam przecież do zrobienia niczego innego, niczego ważniejszego, niczego co miałoby jakikolwiek sens i byłoby komukolwiek do czegoś potrzebne. Przesłuchiwałem i coraz bardziej czułem miałkość, powtarzalność, banalność kolejnych piosenek, czułem jak bardzo wszystkie one są takie same, wszystkie one są solidnie skrojone, dobrze wykonane, ale nie mają w sobie ani słowa prawdy, ani jednej nuty wydartej z serca, zaplamionej krwią ze zdartego do krwi gardła. Czułem jak bardzo to wszystko jest pozbawione emocji, czułem coraz większy żal, że jest tak całkowicie nie inspirujące.
I nagle trafiłem na tę płytę. Płytę trochę zapomnianą, trochę odłożoną na bok, czekającą na swój moment, nie wiedzieć właściwie dlaczego i nie wiedzieć kiedy miałby on niby nadejść. I wystarczyło, żebym usłyszał kilka pierwszych taktów, żeby wiedzieć, żeby poczuć, że to właśnie jest ten moment, że właśnie stało się coś niezwykłego, że to będzie płyta, przy której będę płakać i podczas słuchania której będę na nowo oglądał w głowie ten film, który - zdawało mi się - udało mi się zepchnąć gdzieś na jakąś odległą półkę i coraz skuteczniej udawać, że nigdy nie istniał.
A przecież to takie proste - trzech zwykłych chłopaków z jakiejś całkiem zapomnianej amerykańskiej prowincji, która z każdym kolejnym wykonawcą, który stamtąd pochodzi, z każdą kolejną piosenką tam nagraną, z powodzeniem rywalizującą o miano jednego z najsmutniejszych utworów świata, coraz bardziej dorasta do swojego stanowego motta: „żyj wolny, albo nie żyj wcale”. Bo piosenki na tej płycie są przecież dokładnie o tym, że nie da się być wolnym, ciągnąc za sobą na grubym, przyczepionym do nogi łańcuchu, ciężką metalową kulę gryzących wspomnień, cierpkich słów, które wypowiedziało się nieopatrznie albo usłyszało zupełnie niezasłużenie, złych emocji, przed którymi nie udało się powstrzymać. I co wtedy zostaje? Umrzeć? Albo upaść w to całe brudne błoto, w tę czarną, tłustą ziemię i rozgrzebywać ją palcami. I krzyczeć o tym wszystkim, czego nie chce się pamiętać, krzyczeć tak głośno, żeby zerwać po kolei wszystkie struny głosowe, jak pękające nici w linie, której jeszcze się trzyma ostatkiem sił, białymi z wysiłku palcami.
Wszystko na tej płycie jest takim krzykiem. Od samego początku, do ostatniej nuty. Od tych fragmentów, kiedy brzmią tylko pojedyncze dźwięki gitary, do tych, kiedy w głośnikach rozgrywa się prawdziwe piekło, od tych momentów, kiedy te wszystkie słowa z trudem przechodzą, bolesnym szeptem, przez zaciśnięte kurczowo gardło, do tych, kiedy zamieniają się w krzyk przecinający powietrze, skórę i żyły. I ten najbardziej oczywisty tytuł „Autobiografia”, i ta najprostsza na świecie okładka - trzy zaschnięte, martwe rośliny, jak trzy serca tych chłopaków, i te słowa, od których się to wszystko zaczyna, a które dokładnie zapowiadają, co się będzie działo przez kolejne minuty: „rozgrzebuję groby, ostatnimi kawałkami mojej głowy, które jeszcze działają”.
Tak, oczywiście, to wszystko jest w jakimś sensie licealne, gówniarskie, naiwne, może nawet dziecinne. Ale przecież zdarzają się takie sytuacje w życiu, że nawet jeśli jesteśmy dorośli, poważni, dojrzali, chodzimy do pracy, ubieramy eleganckie ubrania i w ogóle udajemy, że mamy to wszystko jakoś opanowane, są takie sytuacje, że możemy już tylko rzucić to wszystko, przespać wszystkie dzwonki budzików, którymi świat próbuje nas obudzić, zawalić wszystkie terminy i nie wychodzić przez całe tygodnie spod kołdry, która daje chociaż jakiś marny pozór bezpieczeństwa. I wtedy jesteśmy jak licealiści, jak gówniarze i wtedy jesteśmy naiwni, zupełnie jak dzieci. I nie ma przed tym ucieczki.
I jest jedna rzecz, która uzasadnia dziecięcą naiwność tej płyty - nieustające poczucie, że to wszystko, co się na niej dzieje, jest absolutnie szczere, szczere do trudnego do zniesienia bólu, jest wyrwane prosto z serca, nieustające poczucie, że żeby tak przenikliwie o tym wszystkim krzyczeć, trzeba było to wszystko równie przenikliwie przeżyć. Trzeba było naiwnie dawać sobie wbijać pod paznokcie szpilki najbardziej gorących emocji, trzeba było bezradnie polewać sobie otwarte serce wrzątkiem nie oszukanych w żadnym stopniu, nie udawanych ani trochę uczuć. I, jasne, w tym sensie ta płyta to zapiski z pamiętnika nadwrażliwego nastolatka, ale w żadnym stopniu nie jest to coś papierowego, udawanego, przygotowanego z premedytacją. To pamiętnik wydrapany połamanymi paznokciami w litym kamieniu prawdziwego życia.
I kiedy słucham tej piosenki, kiedy słucham tej płyty, a nie mogę przestać, nie mogę jej tak po prostu odłożyć gdzieś na bok i beztrosko o niej zapomnieć, nie mogę się pogodzić, czuję się nie tylko tak, jakby ktoś wykrzyczał to wszystko, co wciąż siedzi we mnie, gdzieś głęboko w środku, czuję się raczej, jakby ktoś wyrwał to ze mnie jednym mocnym, pewnym szarpnięciem, napisał to wszystko krwią na szorstkiej ścianie, boleśnie raniąc sobie opuszki palców, a potem wykrzykiwał to ciągle i wciąż, zdzierając sobie bezlitośnie całe gardło. Bo przecież codziennie, co chwilę, w każdej minucie ostatnich osiemnastu miesięcy mojego życia, mam niemożliwe do przezwyciężenia poczucie, że „wciąż jeszcze oddycham, ale ani trochę nie czuję, że żyję”. I wiem, wiem doskonale, że „jeśli zostałabyś ze mną choćby minutę dłużej, ukradłbym cały świat”.
