Choćbym nie wiem, ile razy powtarzał sobie w głowie refren tej piosenki, a nawet wykrzykiwał go na całe gardło i tak nie potrafię go usłyszeć, a już tym bardziej przyjąć do wiadomości.

REKLAMA
Zapomniałem o nim. Zupełnie. I kiedy nagle, jakby zupełnie znienacka, znikąd, jakby spod ziemi, stanął przede mną i powiedział mi jeszcze raz to wszystko, co mówił mi zawsze, nawet mimo tego, że mówił przecież to wszystko bez cienia żalu, bez śladu wyrzutu, bez grama pretensji, poczułem się źle, poczułem się nieswojo, poczułem się jak dziecko, które nie tylko zjadło swoje ciastko, a nadal chciałoby mieć ciastko, ale na dodatek zjadło jeszcze ciastko nie swoje, ciastko kogoś zupełnie innego i kiedy ten ktoś o to ciastko zapyta, pozostaje już tylko spuścić głowę, wpatrując się bezradnie w zbliżające się do siebie coraz bardziej czubki butów, naiwnie - jak to dziecko przecież - wierząc, że to patrzenie może jeszcze cokolwiek zmienić, w czymkolwiek pomóc, cokolwiek uratować. I stałem tak tuż przed nim, całkiem bezradnie, pełen wstydu i żalu do samego siebie, próbując uwierzyć, że wstyd i żal mogą coś tu jeszcze pomóc.
A były przecież takie chwile, że między nami było zupełnie inaczej, że nie rozstawaliśmy się na tak długo, że nie odwracaliśmy się od siebie i nie zapominaliśmy o sobie. Było tak, że potrafiłem do niego wracać nieustannie, że to co mówił sprawiało, że miałem ciarki na plecach, że nie mogłem się oderwać od jego słów. Było przecież tak, że potrafiłem przejechać pół Europy, żeby go zobaczyć, żeby usłyszeć to, co ma do powiedzenia, a co tak mocno wydawało mi się być przeznaczone właśnie dla mnie i właśnie o moim życiu opowiadać.
Bo przecież, kiedy usłyszałem po raz pierwszy, że „nasze życie to nie film, a może jednak?”, byłem całkowicie, szczerze i bezapelacyjnie przekonany, że tak właśnie jest. Może dlatego, że usłyszałem to w chwili, kiedy moje życie było dokładnie takie jak film: kolorowe, trójwymiarowe, z najdroższymi i najbardziej wyrafinowanymi efektami specjalnymi, z najprzystojniejszymi aktorami i najpiękniejszymi aktorkami, w najładniejszych wnętrzach i zapierających dech w piersi plenerach. I były w nim ujęcia, od których kręciło się w głowie, muzyka, która porywała i same dobre zwroty akcji. I zapomniałem tylko o tym, że przecież w pewnym momencie na ekranie pojawiają się napisy końcowe, a potem w sali robi się zupełnie ciemno, wszyscy wychodzą i zostaje się samemu. I jakoś przegapiłem ten moment, żeby wyjść.

Bo przecież kiedy usłyszałem po raz pierwszy to pytanie: „co nadaje temu bałaganowi jakiejś gracji, jeśli nie emocje, jeśli nie historie, jeśli nie pot i piosenki”, nie miałem najmniejszych wątpliwości, że tak właśnie jest. Więc nie wahałem się ani przez chwilę wspinać się na emocjonalne wyżyny, nie wahałem się przeżywać najbardziej porywających historii, nie broniłem się ani przez moment, kiedy trzeba było wylać trochę potu i nie zastanawiałem się zupełnie, kolekcjonując najbardziej porywające piosenki. I wydawało mi się, że ten bałagan nabierał przez to chociaż trochę gracji. I nie wiedziałem tylko, że w gruncie rzeczy nadal był przecież tylko bałaganem.
I kiedy dziś, po tylu miesiącach, po tylu latach, usłyszałem jego słowa: „obudź się i poczuj się dobrze, wciąż masz jeszcze czas, żeby się obudzić i czuć się dobrze”, chciałem uwierzyć w nie tak mocno, tak naiwnie, jak wtedy. Ale za nic nie mogłem. Bo wiedziałem już dziś aż za dobrze, jak bardzo męczące potrafią być sny, jak bardzo potrafią sprawić, że po obudzeniu nic już nie będzie chciało być dobre, dobrze wyglądać i pozwalać choć trochę dobrze się czuć. I dużo bardziej trafiały do mnie słowa o tych, którzy przytulają się do siebie na ulicy, o kochankach, którzy śnią tylko słodkie sny, leżąc koło siebie w promieniach słońca. Tak, oni budzą się i czują się dobrze. A ja raczej czułem się jak ten, który za niekończącymi się polami śniegu czeka na ekipę ratunkową, której członkowie już dawno stracili serca do tego, że uda im się kogokolwiek znaleźć. Więc stałem na środku hali przyjazdów i odjazdów, z której codziennie odjeżdżały tysiące ludzi, do której inne tysiące codziennie przyjeżdżały, a przecież zupełnie mnie to nie dotyczyło: nigdzie nie jechałem, nie miałem biletu donikąd, nie znałem żadnego rozkładu jazdy, żadnej godziny, o której odjeżdża jakikolwiek pociąg. Stałem, patrzyłem na scenę, zastanawiając się, jak mogłem tak skandalicznie zlekceważyć tą płytę, jak mogłem tak niesprawiedliwie jej nie docenić, jak mogłem tak nieroztropnie jej w zasadzie zupełnie nie zauważyć. I kiedy zabrzmiała ta piosenka, zdecydowanie najlepsza, choć przecież nie jedyna na tej płycie, która porywa, wciąga i szarpie emocjami, wiedziałem, że mogę już tylko ze wstydu gapić się w czubki swoich butów. Bo czułem przecież z każdą minutą coraz bardziej, jak bardzo ta piosenka jest do mnie i o mnie i coraz bardziej wiedziałem, że choćbym nie wiem, ile razy będę sobie powtarzał, że „obudzę się i dobrze się poczuję”, nie ma na to najbardziej choćby wytartych i choćby ledwie widocznych śladów szansy.