To jest piosenka na czas, w którym już nawet słuchanie najsmutniejszych piosenek boli, uwiera, swędzi, w którym znów okazuje się, że całe miesiące były na marne i nic się nie zmieniło.
REKLAMA
- I tak to wygląda - zakończyła, a ja już wtedy wiedziałem, że wygląda to bardzo źle, choć jeszcze nie przypuszczałem, choć jeszcze nie byłem sobie w stanie nawet wyobrazić, choć tylko pobrałem mizerne i nie mówiące wiele próbki z samej powierzchni tego, jak bardzo źle. Narastało to we mnie przez kolejne godziny, zaczynając się od delikatnego, choć przecież wyraźnego drżenia rąk, przechodząc powoli do drżenia wszystkiego, do bezlitosnego rozedrgania, do całkowitej utraty kontroli nad którąkolwiek z rozbujanych jakaś niemożliwą do powstrzymania siłą, emocji.
To był jeszcze jeden z tych momentów, które przychodziły z nieuchronną powtarzalnością, najchętniej wtedy, kiedy wydawało mi się już naiwnie, że nie wrócą, jedna z tych chwil, kiedy niewprawnym ruchem sprawiał, że cały, wielopiętrowy zamek ze znaczonych, wyciągniętych z rękawa kart rozsypywał się w smutny, biały pył, kiedy wyciągnięty zbyt szybko klocek powodował, że cała misternie pozbawiana innych klocków przez długie miesiące wieża, pełna luk, z którymi powoli uczyłem się już żyć, choć przecież nie przestawały boleć przy każdym ruchu, na każdym kroku, zawalała się z potwornym rumorem, grzebiąc pod stertą drzazg i okruchów wszystko, co wydawało mi się cudem zachować, ukryć i skutecznie zabezpieczyć. To był kolejny z tych momentów, kiedy most ze spalonych zapałek, prawdziwym tylko cudem przerzucony nad rzeką, do której wszyscy tak bardzo zabraniali mi wejść drugi raz, choć przecież cały czas stałem nad brzegiem i zamaczałem niecierpliwie palce, po wszystkich testach z wypełnionymi brudnym, szarym gruzem ciężarówkami, z oddziałami ciężkiego wojska, z wytoczonymi specjalnie z tej okazji najtęższymi działami, zawalił się dopiero wtedy, kiedy weszli tam zwykli ludzie, niewinni, beztroscy i nie spodziewający się absolutnie niczego złego.
Wiedziałem już, że moje wielomiesięczne próby załatwienia czegokolwiek ze swoim życiem, były tylko bezradnym grzebaniem nadłamanym kijem w popiele, lepieniem z najdrobniejszych odłamków czegoś, co w niczym nie chciało przypominać rozbitego naczynia, przeciekało w stu miejscach i boleśnie raniło wargi ostrymi krawędziami, kiedy tylko próbowało się to zbliżyć do ust, pisaniem najważniejszych słów skrzywionym palcem z boleśnie nadłamanym paznokciem na mokrym piasku, z którego każda kolejna fala zmywa je bez śladu zrozumienia, bez śladu litości i wiary, że nawet wyrycie ich krwią na kamieniu dałoby cokolwiek.
Wiedziałem już, że cały ten czas, kiedy ciężko pracowałem nad tym, żeby nauczyć się żyć, na kolanach, z rękami zanurzonymi głęboko w śmierdzące zgnilizną błoto, chodząc do tyłu, z zamkniętymi oczami i brudnym kneblem w ustach, nie zdały się kompletnie na nic. Że znowu ktoś posadził mnie na odwróconym krześle, zapalił zimną lampę prosto w oczy i wrzasnął bez śladu szacunku: „sprawdzam”. Że rzeczywistość zapukała do moich drzwi, a nie mogąc się doczekać, aż otworzę, bo przecież wcale nie miałem takiego zamiaru, wyłamała je, rozrzucając po podłodze srebrne glizdy śrub z zawiasów i rzuciła mi się do gardła, budząc z płytkiego i przepoconego strachem snu, zrywając grubą warstwę bielma z oczu. Że te wszystkie miejsca, które - wmawiałem sobie coraz usilniej, coraz bardziej jednocześnie w to nie wierząc i coraz bardziej wiedząc, że muszę udawać przed samym sobą, że wierzę - niby przestały cokolwiek znaczyć, znów na nowo zaczęły wykrzykiwać mi w twarz te wszystkie wspomnienia, smagać mnie skojarzeniami, miotać prosto we mnie ciężkie kamienie zatopionych w nich emocji.
I znowu to miasto, od którego z takim bólem próbowałem się odzwyczaić, schwytało mnie w gęstą siatkę swoich pustych, krzywych i zawsze prowadzących donikąd ulic, rozciągało mi pod nogami linie międzydzielnicowych dróg szybkiego ruchu, o które potykałem się przy każdym kroku i upadałem, raniąc ciało o kominy brudnych fabryk, szpiczaste wieże kościołów i zielono-rdzawe dźwigi. Wpadałem między doki, wysuszone już całkiem miesiącami pustki, samotności i mrozu, między zawalające się hale, w których jeszcze niedawno tętniło - nawet jeśli nie do końca prawdziwe, trochę oszukane, ale intensywne i gorące - życie, między pochylnie, po których można było już tylko zjechać w dół, w sam środek czarnej, zawiesistej, stojącej i martwej wody. I czując, jak jej chłód rozlewa się powoli po całym moim ciele, wiedziałem już, że wszystkie nadzieje na to, że kiedykolwiek uda mi się uciec, że kiedykolwiek uda mi się stanąć na nogi, powiedzieć głośno „nie”, a potem jeszcze głośniej „tak”, są warte równie dużo, co bilet na tramwaj, który dojechał do pętli i definitywnie skończył kurs.
A ta piosenka? Nawet przez moment nie pomyślałem, że może w czymkolwiek pomóc, cokolwiek złagodzić. Ale słuchałem jej dużo razy, słuchałem dużo razy całej najnowszej epki tej młodej dziewczyny, która śpiewa tylko smutne piosenki. Epki, na której jest też utwór zatytułowany „You're in my Head”, bo tak, bo przecież oczywiście, bo nie mam najmniejszych wątpliwości - wciąż jesteś w mojej głowie. I nic nie chce tego zmienić. I nie chcę tego zmienić.
