To jest piosenka na ten moment, w którym przekonujemy się, że mimo tylu lekcji pływania, na środku morza nadal krztusimy się wodą, wykonujemy całkiem bezładne ruchy i idziemy prosto na dno.
REKLAMA
- Mają nas, znów nas przyłapali, znów nam pokazali, że jesteśmy tylko umorusanymi chłopcami, bawiącymi się w kałuży, siedzącymi bezradnie w tej samej piaskownicy - mówiliśmy do siebie podekscytowani już w dwie minuty po tym, kiedy, siedząc w swoich pustych i smutnych pokojach na dwóch końcach miasta, jednocześnie wysłuchaliśmy tej płyty po raz pierwszy. Baliśmy się jej bardzo, niepokoiliśmy się o to, czy rzuci nas na kolana, tak jak wszystkie inne płyty tego zespołu, który - siedząc w swoich pustych i smutnych pokojach na dwóch końcach miasta - jednocześnie nauczyliśmy się kochać. Bo przecież tak wiele wskazywało na to, że może się tak nie stać. Bo przecież ile można nagrać pod rząd doskonałych płyt, na których zgadza się absolutnie wszystko, na których nie ma ani jednego momentu, który byłby zwykły, banalny i nie znaczący, jest za to tak wiele momentów, które są poruszająco niezwykłe, zaskakująco niebanalne i które znaczą wszystko to, co nieustannie okazywało się dla nas ważne. Płyt, których nie da się słuchać inaczej niż ze ściśniętym sercem, ściśniętym gardłem i zaciśniętymi z niemocy, bezradności i bólu pięściami. Bo przecież nie można, wydawało nam się, nagrać ważnej płyty w biegu, podczas niekończącej się trasy koncertowej, nieprzerwanego dostarczania najgłębszych emocji ludziom, którzy w swoich pustych i smutnych pokojach na krańcach różnych miast, już dawno nauczyli się tego, że nie potrafią bez nich żyć. Bo przecież kiedy słyszeliśmy jakieś drobne, wyszarpane nie wiadomo skąd, całkowicie wyrwane z kontekstu fragmenty tego albumu, zdawało nam się, że nie ma w nich tej mocy, którą znaliśmy z poprzednich płyt tej grupy.
Te dwie minuty potrzebne nam były na to, żeby odetchnąć z ulgą. Że znów wszystko się zgadza. Że nie ma nawet śladu rozczarowania, ani zawodu. Że dostaliśmy dokładnie to wszystko, czego potrzebowaliśmy, bez czego nie umiemy sobie poradzić zupełnie z niczym. Że dostaliśmy kolejną potężną dawkę muzyki tak dokładnie dopasowanej do naszych uczuć, kolejną dawkę tekstów, które są tak zaskakująco mocno o naszym życiu.
Bo czy nie wiemy tego od dawna, że „jeśli zostaniemy tam, gdzie jesteśmy, kłopoty na pewno nas dopadną”, a jednak nie potrafimy zrobić ani jednego kroku do przodu, nawet jeśli udaje nam się stanąć przed jakimiś drzwiami, za którymi być może czeka coś innego, coś ważnego, nie jesteśmy w stanie nacisnąć na klamkę, nie jesteśmy w stanie wstawić stopy w szparę, nie jesteśmy w stanie przekroczyć progu. I znów decydujemy, że „zostaniemy ze swoimi demonami”. Bo przecież tak się już z nimi zżyliśmy, że zapomnieliśmy, że może być jakoś inaczej, że można żyć bez nich. I nawet jeśli w krótkich chwilach, kiedy rozsądek bierze górę nad wszystkim, krótkich chwilach, kiedy potrafimy na to spojrzeć zupełnie spoza siebie, gdzieś z boku, bo przecież nie z góry, dociera do nas aż za dobrze, że jesteśmy już tylko „zmęczeni, zmarznięci, skończeni”. A i tak nie chcemy nic z tym zrobić.
Przypominamy sobie te niezliczone sytuacje, w których robiliśmy wszystkie błędy, kiedy powtarzaliśmy wszystkie pomyłki tego świata, kiedy „całkiem traciliśmy kontrolę, wjeżdżaliśmy samochodem w sam środek ogrodu, wysiadaliśmy i przepraszaliśmy rośliny” tak, żeby czasem nikt tego nie zauważył.
Ile razy powtarzaliśmy sobie głośno, cicho, szeptem albo wykrzykując wyraźnie każde słowo, tak mocno, jak tylko się dało, że one przecież „nie są jedynymi przyczynami, które sprawiają, że w głowach nam się gotuje, a nasze dłonie są lodowate”, nawet mimo całkowitej pewności, że za nic w świecie nie jesteśmy w stanie w to uwierzyć. Że za wszelką cenę uwierzyć w to nie chcemy. Ile razy boleśnie przekonywaliśmy się o tym, że one „trzymają wszystko w sekrecie”, a my mówimy od razu o wszystkim i za późno orientujemy się, że nie ma już szans, żeby się cofnąć, wrócić i nie powiedzieć niczego. Ile razy przekonywaliśmy się, że one są stuprocentowo „odporne na wszelki ogień, na wszystko, co może złamać im serce”. A my bezradnie, beznadziejnie, bezsensownie jesteśmy już tylko „telewizyjnymi wersjami kogoś, komu serce pękło na pół”. Bo przecież „znamy tylko dwa uczucia: ostrożny strach i pełne poświęcenie” i rzeczywiście, kompletnie nie potrafimy „znaleźć między nimi równowagi”.
I cały czas, każdego dnia, w każdej martwej chwili, nie czekamy już na nic innego, jak tylko na ten moment. Moment, o którym wszyscy powiedzieli nam już zdecydowanie za dużą ilość razy, że nigdy nie nastąpi. Ale choćby powtarzali to nam jeszcze nie wiadomo jak długo, nadal nie przyjmujemy tego do wiadomości. Ten moment, w którym „będziemy tak bardzo zaskoczeni, że chcą z nami tańczyć, bo przecież już przyzwyczailiśmy się do tego, że żyjemy tak, jakby w ogóle nie było ich w pobliżu, będziemy tak bardzo zaskoczeni, bo przecież zawsze mówiły nam, że w tańcu podnosimy je o wiele za wysoko”. I wtedy będziemy już wiedzieć, jak tańczyć, żeby nie podnosić ich za wysoko. I żeby ten taniec się już nigdy nie kończył.
