To miał być tekst o zupełnie innej piosence i na zupełnie inny temat. Przypadek sprawił, że stało się inaczej. Ten sam przypadek, który z najbardziej łagodnych ludzi czyni zbrodniarzy.
REKLAMA
Ten zespół - jak tysiące innych zespołów, których piosenki całkiem znienacka okazują się mocne, ważne, znaczące, okazują się w jakiś, choćby tylko drobny i prawie niedostrzegalny, sposób zmieniać moje życie - trafił do mnie zupełnie przez przypadek. I nie jestem teraz nawet w stanie, choćbym nawet usilnie zadawał sobie to pytanie, odpowiedzieć, co tak naprawdę zwróciło moją uwagę. Może sama nazwa - idealnie wypośrodkowana między modną tendencją (wszak myszy to w tym sezonie chyba jedne z najpopularniejszych zwierząt w nazwach zespołów na scenie indie, śmiało przejmujące pałeczkę w tej niezwykłej sztafecie od niedźwiedzi) a tym, jak się czuję ostatnio prawie cały czas. Może okładka debiutanckiej płyty tej grupy, zatytułowanej „Winter Sun” - idealnie wypośrodkowana między uroczym, infantylnym rysunkiem, często przecież obecnym na okładach płyt zespołów indie-folkowych, a brutalnością wojennej ikonografii. A może głównie muzyka zespołu, idealnie wypośrodkowana między gorzkim, drapiący smutkiem, a fascynującą przebojowością.
Dopiero potem, kiedy zdążyłem już zachwycić się tą płytą, zacząłem szukać jakichś informacji o tym zespole. I tylko trochę zaskoczyło mnie to, że nie jest to zespół amerykański, choć brzmi przecież bardzo mocno po amerykańsku, nie zaskoczyło nie natomiast w związku z tym to, że to zespół szkocki. Bo przecież jeśli chodzi o Wielką Brytanię, to właśnie w Szkocji od lat gra się najciekawiej, najładniej i w najbardziej poruszający sposób.
I miałem początkowo plan, żeby napisać tu o piosence „Dance While Winter Cries”, jednym z najpiękniejszych utworów z tej płyty, poruszającej piosence o miłości tak silnej, że w jej obliczu nie liczy się już nic innego. Piosence, która absolutnie rozbroiła mnie już choćby jednym wersem, tym w którym autor bezlitośnie rozbija cały patos i podniosły ton, pisząc o „pieprzonych gwiazdach”, wiszących nad zachwyconymi sobą kochankami, że „i tak są o wiele za daleko, żeby tak naprawdę istnieć”. Miałem już właściwie w głowie pół tekstu, wystarczyło tylko usiąść i go napisać.
I wtedy okazało się, że nie ma tego utworu w - wydawałoby się - nieskończonych, nieprzebranych i zawierających w sobie wszystko, co kiedykolwiek powiedziano, napisano, wykrzyczano i wyśpiewano, zasobach serwisu YouTube. Na szczęście udało mi się znaleźć tam inną piosenkę zespołu, zasiadłem więc do pisania, przekonany, że spokojnie będę mógł wykorzystać wcześniejsze pomysły, bo przecież „Night Of Broken Glass” na pewno też jest o miłości. Zerknąłem na teledysk, zobaczyłem sceny nakręcone z jadącego gdzieś pociągu, co zdawało się tylko potwierdzać moje przekonania, bo przecież odjeżdżający pociąg to niechybny symbol wymykającej się z rąk miłości. Ale potem zacząłem wpatrywać się uważniej, zacząłem uważniej wsłuchiwać się w tekst tej piosenki i zacząłem z każdą minutą zamierać coraz bardziej, coraz bardziej chować głowę w ramionach, coraz bardziej zastygać w niemym zdumieniu.
Nuta po nucie, słowo po słowie, obraz po obrazie ta piosenka zaczęła bowiem ujawniać mi całą prawdę o sobie, całą prawdę o tym, czym jest i o czym jest. Zaczęła mnie coraz bardziej zadziwiać, zastanawiać i fascynować. Bo to piosenka o holokauście. A może szerzej: o każdej nieludzkiej zbrodni. A jeszcze dokładniej: o jej sprawcach, nie rozumiejących do końca, co robią i nawet nie próbujących zadawać sobie pytania, dlaczego to robią.
Jasne, ten temat powraca w kulturze na najróżniejsze sposoby. Choćby w ostatnim roku światło dzienne ujrzało przecież mnóstwo książek, filmów, spektakli teatralnych dotyczących bezpośrednio czy choćby ocierających się tylko o taką tematykę. Ale piosenka? Do tego taka, wydawałoby się z pozoru, spokojna, delikatna, niewinna, a może - to słowo będzie chyba najbardziej na miejscu: łagodna? To zupełnie coś nowego, coś innego, cos bardzo niezwykłego. Więc wracam do niej co i rusz. I cały czas nie przestaje mnie poruszać. I fascynować. A te zdjęcia z samego końca teledysku, zdjęcia dziecka tańczącego w błocie getta swój prawdziwy taniec śmierci, choć widziałem je przecież tyle razy, w tym kontekście tak uderzające i szokujące o wiele bardziej niż w dokumentalnym filmie historycznym, będą mi się wyświetlały przed oczami jeszcze długo.
Przemysław Gulda
