To jest piosenka, która zadaje pytania, czy wciąż jeszcze można się zachwycić czymś nowym, czy nie jest za późno na jakąś - choćby nawet całkiem głupią i zupełnie naiwną - fascynację.
REKLAMA
Zaczęło się całkiem przypadkowo, bo tylko przypadek sprawił, że na zawsze nie zostało tak, jak było: że nigdy nie dowiedzielibyśmy się o sobie, że nigdy nie mielibyśmy okazji poznać się bliżej. Ale stało się inaczej. Przez kompletny przypadek właśnie byliśmy w tym samym czasie w tym samym miejscu, przez kompletny przypadek mieliśmy jakichś wspólnych znajomych, przez kompletny przypadek zauważyłem, zaintrygowałem się, zacząłem szperać, szukać i sprawdzać.
I przez ten sam przypadek zacząłem się coraz bardziej zachwycać, może nawet fascynować. Z każdym dniem coraz bardziej, za każdym razem coraz bardziej mocniej. Z dziecięcą zachłannością zacząłem chcieć więcej i więcej, z gorączkowością neofity zacząłem szukać coraz głębiej, dowiadywać się wszystkiego, czego tylko się dało dowiedzieć, uczyć się tego wszystkiego na pamięć i na wyrywki.
Nie było tego dużo: wszystkiego raptem cztery utwory, dwa single, na których strony b w żaden sposób nie ustępowały stronom a, kilka faktów, kilka nazwisk, kilka dat i tyle. Bo o tym zespole na razie jeszcze nie wiadomo prawie zupełnie nic: że jego członkowie są z Anglii, że są młodzi, że mają co najmniej kilka genialnych pomysłów na piosenki i na łączenie gitar z elektroniką. I to właściwie tyle. I albo tak już pozostanie, bo ile takich zespołów powstaje i znika, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo gdzie i jak, nawet jeśli ich członkowie mieli genialne pomysły na piosenki, ale żadnych pomysłów na to, żeby je przedstawić publiczności, nawet jeśli ich członkowie mieli mnóstwo energii i żywiołowości, ale ani trochę szczęścia. Albo może być zupełnie inaczej - może za kilka miesięcy o tym zespole będą mówić wszyscy, bo za sprawą serii szczęśliwych zbiegów okoliczności, połączonych z ciężką pracą wielu osób, uda mu się wybić między setkami innych. Choć ostatni wpis na facebooku zespołu, w którym jego członkowie żegnają się z fanami, wskazuje na to, że ta krótka historia skończyła się, zanim się jeszcze tak naprawdę zaczęła. Tak jak wiele takich historii.
Pewnie do końca nie wiadomo jeszcze, jak będzie. Wiem za to na pewno, że straciłem, być może jedyną, okazję, żeby zobaczyć tych muzyków na żywo - poszedłem specjalnie o bardzo wczesnej porze - jak na standardy festiwalowe - do klubu, w którym mieli grać koncert, ale nie było ich tam. Zamiast nich, nie wiedzieć czemu - nikt, kogo zapytałem, nie znał odpowiedzi na to pytanie - grał zupełnie inny zespół, który miał w repertuarze zupełnie nijakie piosenki, którymi nijak nie byłbym w stanie się zachwycić. I to być może będzie już koniec tej opowieści. A być może wcale nie.
Ale ta cała historia kazała mi zadać sobie kilka ważnych pytań. Choćby takie, czy nadal jestem w stanie zachwycić się całkiem bez pamięci, zapomnieć się, wpaść po uszy, prawie zwariować, a może po prostu - zupełnie zwariować, zapominając o jakichkolwiek hamulcach, ustaleniach z samym sobą, zobowiązaniach, których być może już dawno nie powinienem, ale wciąż się trzymam. Czy nadal może się tak zdarzyć, że jakieś całkiem przypadkowe spotkanie, jakaś początkowo absolutnie nic nie znacząca rozmowa, sprawią, że moje życie nagle ruszy z miejsca, wypadnie z prowadzących ciągle w to samo miejsce kolein, wyrwie się z błędnego koła, w którym toczy się od wielu miesięcy. Jak dużo czasu musi upłynąć, żeby być do tego zdolnym? Albo ile czasu może upłynąć, żeby nie było na to absolutnie za późno? Czy jest jakiś limit takich sytuacji, które można przeżyć w życiu? Czy ich ilość może się w pewnym momencie wyczerpać i nie ma co liczyć na kolejną i nie ma co wierzyć, że jeszcze nastąpi, albo może - nie trzeba się bać, że się wydarzy i wyrwie życie z zimnej i ponurej, ale jednak znanej na pamięć, a przez to w jakiś sposób bezpiecznej kryjówki? Czy trzeba szukać takich sytuacji, łapiąc się każdej, która choćby sprawia wrażenie, że może mieć jakikolwiek sens, czy raczej cierpliwie czekać w kącie ciemnego pokoju, odrywając się tylko od czasu do czasu od samego siebie i rzucając okiem na świat, wierząc, że jeśli coś się ma zdarzyć, to zdarzy się i tak, niezależnie od tego, czy będzie się tego szukać, czy zupełnie nie? Czy można wierzyć w każdą sytuację, która sprawia choćby najmniejsze pozory sensu i trzymać się jej kurczowo, czy raczej czekać cierpliwie na coś, co nie pozostawi najmniejszych wątpliwości, że jest ważne i mocne tak, że zwala z nóg? I czy to w ogóle ma jeszcze jakikolwiek sens?
