O autorze
Muzyki słucham prawie bez przerwy, towarzyszy mi od rana do wieczora,
przy każdej okazji, w każdych okolicznościach. Cały czas mi mało i
cały czas szukam czegoś nowego. Na moim blogu będę pisał o piosenkach, które w ostatnim czasie zrobiły na mnie szczególne wrażenie. Przede wszystkim o tych najnowszych,
przygotowanych przez wykonawców, którzy dopiero pukają do drzwi
wielkiej popularności, ale i tych klasycznych, o których nie można
zapominać. O tych, które wiążą się w jakiś sposób z tym, co właśnie
robię - np. wtedy, kiedy wybieram się na koncert jakiegoś zespołu albo
na festiwal, o tych, które najlepiej oddają mój nastrój. O tych,
których być może do tej pory nie słyszałaś/słyszałeś, a moim zdaniem
zdecydowanie usłyszeć powinnaś/powinieneś.

Explosions In The Sky „The Birth And Death Of The Day”

To jest bardzo stary utwór. Bardzo stary, ale przecież przez to ani trochę nie mniej mocny. Utwór, który miałem właśnie okazję znów usłyszeć na żywo i znów przekonać się, jak wiele dla mnie znaczy.



Nie wiem, jak to się stało, że w tym miejscu jeszcze nigdy nie napisałem o tym zespole - amerykańskiej formacji z Teksasu, której członkowie są jednymi z pionierów, a zarazem - największych mistrzów smutnego niemal do łez gitarowego post rocka. Może dlatego, że to zespół, który tkwi we mnie tak bardzo i tak głęboko, że czasem wręcz zapominam, że wciąż tam jest. Jak powietrze, którym oddycha się całkiem bezwiednie, bo przecież zawsze jest. Jak poczucie, że wszystko zmierza absolutnie donikąd, które zadomawia się w głowie tak bardzo, że z czasem staje się niezauważalnym fundamentem myślenia o wszystkim i patrzenia na cokolwiek.

Ale są takie chwile, kiedy nagle trzeba sobie przypomnieć, że oddychać można tylko powietrzem, że choćby wszystko wskazywało na to, że jest inaczej, nic nigdy nie będzie chciało iść w dobrą stronę, że ten zespół, niezależnie od tego jak dawno się go nie słuchało, nadal wywołuje ciarki na plecach i budzi wspomnienia z tak wielką siłą, że czasem trudno powstrzymać łzy. Tak było kilka dni temu, kiedy znów mogłem zobaczyć go na koncercie. Potwornie zimną nocą, potwornie daleko od wszystkiego i wszystkich, potwornie samotnie. Więc nie było jak uciec przez mrozem wspomnień, nie było jak oprzeć się na kimkolwiek, nie było jak zagadać tych wszystkich emocji cynicznymi żartami. Więc kiedy nagle zabrzmiał ten utwór, poczułem, jak zbiera się nade mną fala emocji, która musiała porwać mnie za sobą i boleśnie roztrzaskać o przybrzeżne skały wspomnień.

Więc siedziałem skulony najmocniej, jak się tylko dało, żeby zajmować jak najmniej miejsca na świecie, żeby prawie zupełnie zniknąć, bo miejsce, do którego trafiłem, żeby wśród wielu innych festiwalowych wykonawców zobaczyć właśnie ten zespół jak mało które nadaje się do tego, żeby zupełnie zniknąć. W tym kraju, który miał być najcieplejszy w Europie, ale w tym roku zajadle najcieplejszy być nie chciał. Siedziałem skulony na ziemi, oparty o płot, jak dziecko, któremu pijany ojciec złamał rękę i wyrzucił z domu i siedzi teraz skulone ma ziemi, oparte o płot, chcąc jednocześnie krzyczeć jak najgłośniej o tym, co się stało i zniknąć, zapaść się pod ziemię, wymazać się zupełnie z tego świata. Siedziałem skulony, najbardziej, jak się dało i doskonale wiedziałem, że ten koncert będzie równie piękny, co trudny, ale nijak nie mogłem przewidzieć, że będzie piękny aż tak bardzo i aż tak bardzo zarazem trudny.


Bo kiedy zabrzmiał ten utwór, kiedy wyłonił się z lawiny zamyślonych, zagubionych dźwięków, nagle przypomniały mi się wszystkie wcześniejsze spotkania z ta grupą, wszystkie wcześniejsze momenty, w których jej muzycy brali mnie za rękę i ciągnęli do swojego świata. A ja wiedziałem przecież, że będzie piekło, ale nie potrafiłem im się przeciwstawić, bo tak naprawdę ani przez moment nie chciałem przecież mówić „nie”.

Najjaśniej rozbłysły mi w głowie dwa spotkania z tym zespołem: pierwsze i - przynajmniej do tej zimnej nocy - ostatnie. Rozbłysły i przez kolejne minuty przesuwały mi się przed oczami, klatka po klatce, ujęcie po ujęciu, jak filmy, które znam na pamięć, ale i tak ciągle do nich wracam, ale i tak nie mogę przestać wciąż ich oglądać, nawet jeśli to oglądanie bywa czasem, albo może zawsze, nieznośnie bolesne.

Najpierw był film o Nowym Jorku, o śmiertelnie zimnej nocy, o polskim klubie, który tej nocy był polski tylko trochę, tylko na tyle, żeby mi zajadle przypominać, skąd tak naprawdę jestem i dokąd zaraz wracam. To był film o tym, jak trzymaliśmy się za rękę, jak beztroskie nastolatki, odprowadzające się po szkole do domu i zostawiające za sobą cały świat. To był film o tym, jak każde z nas chciało się odezwać i powiedzieć te wszystkie ważne rzeczy, które przecież wisiały w powietrzu, które były wszędzie, którymi nasączone było nawet powietrze, którym oddychaliśmy. Ale to był też film o tym, jak żadne z nas nie chce otworzyć ust, może co najwyżej po to, żeby się pocałować. Ale tego chyba akurat najbardziej się baliśmy, tak jak baliśmy się tego przez te wszystkie poprzednie zimne tygodnie.

To był film o tym, że ten koncert się wreszcie kończy, bo musi się przecież kiedyś wreszcie kończyć, o tym, że polskie barmanki w zaciekle PRL-owskich białych czepkach, kończą sprzedawać zachwyconym amerykańskim dzieciakom pierogi i piwo z Podhala, stanowczo za mocne, jak na ich delikatne głowy. I wtedy w tym filmie jedziemy na zupełnie inny koniec miasta, do tego pokoju, w którym na ścianie wisiały jej obrazy i głowy wypchanych zwierząt, do tego mieszkania, gdzie spędziliśmy tyle wieczorów, podczas których oglądaliśmy mongolskie filmy i słuchaliśmy rosyjskiej nowej fali i gdzie rozmawialiśmy godzinami i gdzie nic więcej nigdy między nami się nie wydarzyło.

I to była ta scena, w której nic nie trzeba było mówić, w której oboje doskonale wiedzieliśmy, że tego wieczoru będzie inaczej. I że to będzie pierwszy, ale zarazem przecież ostatni taki raz. A potem była ta scena, w której ona mówi, bardzo łagodnie i delikatnie, że była łagodna i delikatna, bo wiedziała, że tak właśnie chciałem, a ja nie mówię nic, bo przecież oboje doskonale wiemy, jak bardzo ma rację. A potem w tym filmie jest ta najsmutniejsza chwila, w której nie ma już nic do powiedzenia, w której cicho zamykam za sobą drzwi, bo przecież za nic nie chcę jej obudzić i idę na lotnisko, żeby wyjechać i nigdy już nie wrócić do tego pokoju. I nigdy już nie wrócić do tego, co się w nim wydarzyło.

Drugi film był krótszy, ładniejszy, a przez to niewspółmiernie bardziej smutny. Dział się w Oslo. A jego główna sekwencja wyglądała mniej więcej tak, że stoimy pod sceną i jest nam z tym i ze sobą bardzo dobrze. Po prostu bardzo dobrze. I nawet przez moment nie przychodzi mi do głowy, że to wszystko ma się już za moment, zupełnie nagle, niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia skończyć. I razem z tym ma się właściwie skończyć wszystko.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0Olga Bołądź rzuciła wyzwanie koleżankom z branży. Teraz kobiety dołączają do #boladzchallenge
0 0Czekasz, aż ostygnie, zanim włożysz do lodówki? 3 kulinarne błędy, które popełnia każdy Polak
WYWIAD 0 0"Byłam przed 30, a nie chciało mi się żyć". Patrycja schudła 50 kg, pokonała hashimoto i depresję
MamaDu 0 0"Cesarskie cięcie powoduje problemy dziecka w dorosłości". Wywiad z prof. Ewą Helwich
DADHERO.PL 0 0Nie wiesz jak? Nie przejmuj się, nie ty jeden. Oto nasze rady, jak mądrze wychowywać syna
SAP 0 0Od personalizacji adidasów do zatrzymania powodzi. Oto jak transformacja cyfrowa zmienia nasze życie
#GRZEJE 0 010 godzin czekał na żonę, która poszła do dentysty. Musiała interweniować Straż Miejska
POLECAMY 0 0Jak mu tak wróżka powie, to zwolni pół firmy. Po 15 latach ujawnia kulisy pracy wróżenia w telewizji
MamaDu 0 0"Moja córka żyła 70 minut". Gest mamy po śmierci dziecka poruszył ludzi na całym świecie
POLECAMY 0 0Nie zawsze musisz być wśród ludzi. Te rzeczy powinieneś zrobić sam przynajmniej raz w życiu
0 0Technika sprzed 5 tys. lat pomoże ci popełnić mniej błędów. Mnisi mieli rację
dad:HERO 0 0Polecamy pięć hitów z Nefliksa i HBO Go do obejrzenia z dziećmi w ten weekend
0 0Wybrano najlepsze seriale dekady. O połowie pewnie nawet nie słyszałeś!