To jest prosta, banalna piosenka. Licealna piosenka o prostej i banalnej sprawie, o miłości. Która dla mnie zawsze już będzie symbolem innej prostej i banalnej sprawy, przyjaźni.
REKLAMA
Zaczęło się od dowcipu: „Od teraz, przez całą drogę, będę wam puszczał ten utwór o każdej pełnej godzinie. Zanim dojedziemy do domu, będziecie w nim zakochani tak samo, jak ja” - powiedział nasz przyjaciel, kierowca, w jakimś sensie - kierownik tej całej naszej radosnej wycieczki. Powiedział i - choć wydawało nam się to kompletnie absurdalnie - tak właśnie zrobił. Przez całą, kilkugodzinną drogę, zawsze o pełnej godzinie, puszczał ten utwór. Na początku się śmialiśmy, trochę wybrzydzaliśmy, wydymaliśmy wargi z minami koneserów, których muzyczne horyzonty muzyczne sięgają o wiele dalej niż słodki, amerykański college rock. Za trzecim bodaj razem już podśpiewywaliśmy refren z wokalistą. Za piątym - śpiewaliśmy już cały tekst. Za ósmym... Ósmego nie mogliśmy się już doczekać. Choć w zasadzie dojechaliśmy już do celu, krążyliśmy jeszcze chwilę po mieście, żeby wybiła pełna godzina, zatrzymaliśmy się na parkingu i zaśpiewaliśmy całość z podziałem na role i przygotowanym naprędce układem choreograficznym. To było oczywiście kompletnie głupie, licealne, absolutnie dziecinne i dziecinnie radosne. I tego nam właśnie było potrzeba.
Mi było tego potrzeba strasznie mocno. To był jakiś kolejny zły czas, a właściwie dalszy ciąg niekończącego się złego czasu, kiedy za nic nie chciałem być tam, gdzie byłem do tej pory, za nic nie mogłem być z tymi ludźmi, z którymi do tej pory spędzałem najwięcej czasu, za nic nie mogłem być z samym sobą. Ten pomysł okazał się iście genialny - wyjechać, zmienić otoczenie, towarzystwo, nie myśleć, nie martwić się, zapomnieć chociaż na chwilę. Z nimi okazało się to możliwe. Z nimi okazało się to wręcz radosne. I to były wręcz pierwsze radosne momenty od dłuższego czasu.
Jechaliśmy na festiwal, jedną z tych niemieckich imprez, na których jest dużo błota, dużo piwa, dużo zespołów zajadle śpiewających właśnie po niemiecku. Ale jest też dużo znakomitej muzyki. Jechaliśmy samochodem w kilka osób i od początku wiedzieliśmy, że samo to jechanie będzie dla nas co najmniej równie ważne, co ta muzyka. Ale chyba nie wiedzieliśmy, że okaże się aż tak ważne. I że zostanie w nas tak długo i że tak często będziemy chcieli do tego wracać, że będziemy do tego wracać przy każdej okazji.
To było dla mnie bardzo ważne doświadczenie, moment, w którym mogłem się bardzo skutecznie przekonać, że te wszystkie, z pozoru całkiem banalne, zużyte, wyśmiane, wyeksploatowane, przenicowane przez niezliczone warstwy cynizmu i ironii, słowa, te wszystkie proste sprawy, takie jak przyjaźń, mają tak naprawdę najwięcej sensu. I można się oczywiście z nich śmiać, można je traktować z góry, można sobie kpić - dokładnie tak samo, jak nie sposób przecież trochę się nie śmiać, nie traktować z góry, nie kpić z tej piosenki i z całej twórczości tego zespołu - ale tak naprawdę, niezależnie od tego, jak górnolotnie to brzmi, kiedy wszystko inne umrze, upadnie, przewróci się niezdarnie na plecy, runie z hukiem na ziemię, rozsypie się na kawałki, których za nic nie będzie już można ułożyć na powrót w jakąś spójną całość, nie zostaje przecież w gruncie rzeczy nic innego jak właśnie przyjaciele.
Więc kiedy planowaliśmy kolejne sezony festiwalowe, wiedzieliśmy od samego początku, że Hurricane musi być obowiązkowym punktem tych planów. I że koniecznie musimy pojechać tam tak, jak wtedy: razem. I tak właśnie robimy, w tym roku już po raz trzeci: wszystko już ustalone, umówione, przygotowane. Będzie nas tym razem jeszcze więcej, więc zabawa będzie na pewno jeszcze lepsza. Mało tego - okazało się, że jedną z gwiazd tegorocznego wydania tej imprezy jest właśnie ten zespół - prawdziwi klasycy amerykańskiego college rocka, autorzy kilku, jeśli nie kilkunastu utworów, bez których wielu szanujących się amerykańskich nastolatków nie wyobraża sobie dorastania. Zespół, który właśnie wydał swoją kolejną płytę, ósmy już album, zatytułowany „Damage”, na którym - jak oni to robią? - znów znalazło się kilka utworów, przy których kolejne pokolenie uczniów amerykańskich college'ów będzie się pierwszy raz całować, prowadzić niekończące się rozmowy o najważniejszych sprawach w życiu, chowając się w cieniu wieży ciśnień, jeździć na rowerach po takich samych uliczkach, przy których stoją takie same domy, nienawidzić coraz bardziej tego świata i snuć plany, jak z niego uciec. I na pewno po drodze na festiwal będziemy słuchać tej płyty kilka razy i uczyć się jej na pamięć, ale nie ma takiej możliwości, żebyśmy chociaż kilka razy nie przesłuchali „Always Be”. I żebyśmy nie wpadli w prawdziwy amok, kiedy ten utwór zabrzmi ze sceny.
