To jest piosenka na ten moment, w którym chce się wszystko wysadzić w powietrze, podpalić lont, zacisnąć powieki i nie robić nawet najmniejszego kroku gdzieś, gdzie można się schować, ukryć, uratować.

REKLAMA

Prawie umknęłaby mi ta płyta. Nie w sensie, że nie zauważyłbym, że się ukazała, że nie przesłuchałbym jej, że się nią nie zachwycił. Raczej w tym, że zbyt łatwo przeszedłbym nad nią do porządku dziennego, wziął ją za pewnik (bo inaczej nie da się po polsku powiedzieć tego, co każdy, kto urodził się w języku angielskim, rozumie pod tak potrzebnym co chwilę w życiu sformułowaniem „to take for granted”), przyzwyczaił się. Bo przecież ten zespół jest tak niezaprzeczalnie, bezapelacyjnie i stanowczo genialny, że nawet nie warto próbować dyskutować na ten temat, zastanawiać się, szukać kolejnych dowodów na oczywistą prawdę, że tak właśnie jest. I dlatego to, że jego kolejna płyta jest absolutnie niezrównana, że rzuca na kolana, wcześniej szarpiąc za serce tak mocno, żeby wyrwać z niego co najmniej kilka strzępów - wiadomo od razu, że zostanie po nich miejsce, którego potem nie da się już za nic wypełnić, choćby nawet próbować napchać w te szpary całą masę brudnych gałganów, podartych szmat i flag, całe garście piasku albo gryzącej gorzko każdą z ran soli - że zostawia daleko w szczerym polu wszystkie inne nowe płyty, które próbują rzucić na kolana i szarpać za serce, dlatego nad tym wszystkim tak łatwo jest przejść do porządku dziennego, wziąć za pewnik, przyzwyczaić się.
Ale wystarczy jakiś jeden zły moment, jakieś jedno choćby trochę za mocne słowo, jakiś niewprawny krok, jakieś najgłupsze nieporozumienie, jakaś całkiem mrożąca w sercu krew rozmowa w samym środku krótkiej nocy, która za nic nie chce być nocą letnią, bo jest jadowicie zimna i zła, żeby wrócić do domu, wiedząc już, że to właśnie tej płyty będzie się słuchać aż do przychodzącego znienacka, jeszcze właściwie w samym środku nocy, poranka, z każdą nutą, z każdym słowem w najbardziej niezrozumiałym języku Północy, z każdym uderzeniem w struny gitary, eksplodującym tak, jak ostatni wybuch na planecie, ostatni gwóźdź do jej trumny, z każdym śmiertelnie smutnym dźwiękiem, przechodząc od przeklinania całego świata do przeklinania samego siebie i uświadamiania sobie coraz mocniej, coraz głośniej, coraz jaśniej z każdą minutą bliżej do wschodu oślepiającego słońca, jak bardzo krzywdzi się wszystkich dookoła byciem takim, jakim się jest. Nawet jeśli zrobiło się wszystko, żeby być już kimś zupełnie innym niż było się kiedyś, w jakimś zupełnie innym życiu, w jakiejś zupełnie innej erze, w dzieciństwie, które tak długo nie chciało się skończyć, a nagle skończyło się jak brudną ręką uciął.
I wtedy wydaje się, że nie zostaje już nic innego, jak tylko usypać duży, niekoniecznie równy, niekoniecznie spójny - to przecież nie ma już absolutnie żadnego znaczenia, stos z jakiegoś, zupełnie nieważne jakiego, byle najsilniejszego, najbardziej skutecznego, najmocniej działającego, materiału wybuchowego, a potem już tylko podpalić lont i uciekać. Próbować uciekać, bo przecież wiadomo, że tak naprawdę nie ma żadnej ucieczki, a jeszcze bardziej naprawdę, żadnej ucieczki nie ma w ogóle być, ma być właśnie raczej kompletne przeciwieństwo ucieczki, kompletne zostanie w tym samym miejscu, kompletnie nie ruszenie się ani na krok, kompletne zastygnięcie w jakiejś zupełnie martwej pozie, w całkowicie martwym punkcie. I potem już tylko czekać, kiedy „hałas całkiem odbierze nam słuch, sprawi, że z pękniętych bębenków poleje się krew”, kiedy „oczy zasnuje nam czarny dym”, kiedy ogień zacznie trawić wszystko, nawet to, co wydawać by się mogło zupełnie niestrawne, trwałe, wieczne i niezniszczalne, kiedy spali „nasze dłonie aż do kości”, kiedy sprawi, że cały świat nagle zapłonie, jakby świt, i tak już wyjątkowo pospieszny, niespodziewany i niecierpliwy, przyszedł tym razem jeszcze wcześniej i pochłonął wszystko, co ciemne, ukryte i przyczajone, jasnym, bezlitosnym, wdzierającym się w najmniejszą szczelinę w płochym i pustym istnieniu, światłem. I wtedy będziemy mogli spokojnie, bez żadnych obaw, bez pretensji i bez absolutnie żadnych oczekiwań „zniknąć, wtopić się w horyzont”. Będziemy mogli nigdy nie martwić się już niczym, bo przecież nic nie będzie istniało, nigdy niczego się nie bać, niczego nie żałować, niczego nikomu nie zazdrościć, niczego już wcale nie pożądać, za niczym nie tęsknić, nie przejmować się kompletnie niczym, o niczym nawet za bardzo nie myśleć, bo jak myśleć, kiedy nie będzie już całkiem niczego, całkiem nikogo, kiedy będzie już tylko całkiem arbitralne, absolutne, nie znające żadnego sprzeciwu i najmniejszej litości, nic. Nic, z którym nie będzie żadnej dyskusji, w którym nie będzie żadnej metafory, które nie będzie symbolem niczego. Nic, po prostu najzwyklejsze, nieludzkie, nie pochodzące z tego świata, nic.