Jeszcze jeden głos w coraz częściej poruszanej na różne sposoby kwestii tego jak słabi, bezradni, niedojrzali są współcześni mężczyźni. Ale jaki głos...
REKLAMA
Amanda Palmer. Jedna z tych artystek, których prawie nikt nie zna, ale ci, którzy znają, znają do bólu, kochają do szaleństwa, są w stanie przejechać każdą odległość, żeby zobaczyć ją na żywo. Mi zdarzyło się to dobrych kilka lat temu, kiedy ta niezwykła artystka grała swój jedyny polski koncert - na szczęście to określenie już za kilka miesięcy nie będzie aktualne: Palmer na początku listopada wystąpi w Krakowie i Warszawie, kiedy ta artystka grała jedyny koncert, na jakim udało mi się być - na jeszcze większe szczęście to określenie już za kilka dni także nie będzie aktualne: jeśli nie stanie się nic złego, będę miał okazję zobaczyć ją na jednej ze scen festiwalu Glastonbury. To był piękny koncert. Na spokojnie, na smutno, na siedząco - we wrocławskim teatrze, z repertuarem składającym się z wszystkich moich ulubionych piosenek, ubarwianych przezabawnymi anegdotami. To było dawno. Dziś i ona, i ja jesteśmy już w zupełnie innym miejscu.
Palmer zaczynała od działań z pogranicza teatru i performance'u, od zawsze zafascynowana gotycką estetyką, horrorami, cyber punkiem i tego typu sprawami, z drugiej strony zaś - klasycznym berlińskim kabaretem z lat 20-tych i 30-tych. Tak naprawdę świat usłyszał o niej po raz pierwszy za sprawą duetu, który stworzyła z Brianem Viglione, The Dresden Dolls. Duetem, w ramach którego mogła z powodzeniem połączyć wszystkie swoje fascynacje: śpiewać piosenki, które bez problemu sprawdziłyby się w którymś z weimarskich teatrzyków, ubrana jakby właśnie zeszła z planu któregoś z filmów Tima Burtona, opowiadająca historie o niezwykłych uczuciach i zwykłym życiu.
Legenda głosi, że Palmer i Viglione spotkali się podczas imprezy halloweenowej - trudno dziś oczywiście powiedzieć, na ile to prawda, ale idealnie pasuje to do twórczości tej formacji i atmosfery, którą otaczali się jej członkowie. Grupa istniała prawie dziesięć lat, wydała kilka płyt i zdobyła kultową popularność w co najmniej kilku środowiskach: od wielbicieli piosenki aktorskiej i autorskiej, przez tych, którzy penetrowali obrzeża sceny alternatywnej, aż do tych, którzy cenią sobie klasyczny literacki kabaret i piosenki, w których o coś chodzi.
Po rozpadzie The Dresden Dolls Palmer nie próżnowała ani trochę: tworzyła mniej lub bardziej efemeryczne składy, nagrywała kolejne płyty, angażowała się w najdziwniejsze choćby projekty - dość wymienić choćby epkę, na której wykonuje piosenki The Velvet Underground i Lou Reeda na... ukulele, jednym z jej ulubionych instrumentów. W 2008 roku zadebiutowała autorskim albumem o przewrotnym tytule „Who Killed Amanda Palmer”, pełnym arcysmutnych piosenek, przetykanych tu i ówdzie zgryźliwymi żartami i celnymi ciosami w tradycyjną moralność i konserwatywne obyczaje. Na następny pełnowymiarowy album z premierowym materiałem - płytę zatytułowaną „Theatre Is Evil” - kazała swoim fanom czekać aż cztery lata. I od razu zrobiło się wokół niego sporo zamieszania: najpierw w związku z tym, że artystka na potrzeby tej płyty zupełnie zmodyfikowała brzmienie, z którym była do tej pory kojarzona: aranżacje rodem z dawnego kabaretu zamieniła na granie dużo bardziej alternatywno-rockowe: pianino - podstawowy, było nie było, instrument Palmer, w większości piosenek ustępuje miejsca gitarze. Potem, w związku z nietypowym pomysłem, realizowanym podczas trasy koncertowej promującej ten album: w każdym mieście, do którego przyjeżdżała, Palmer zatrudniała miejscowych muzyków, żeby na żywo wykonywali część materiału. Powody były czysto ekonomiczne - Palmer twierdziła, że tak jest taniej, niż gdyby podróżowała z pełnym składem po całym świecie. I właśnie to sprowadziło na nią mnóstwo krytycznych opinii, oskarżających ją o psucie rynku i odebranie możliwości zarabiania podczas trasy muzykom, z którymi nagrywała płytę.
Ale ekonomiczne problemy i dywagacje na temat brzmienia tej płyty na bok, skoro okazuje się, że kryje ona co najmniej kilka przepięknych utworów. Takich jak choćby ten, czy równie pesymistyczna w swej wymowie piosenka „The Bed Song” - obie opowiadające w poruszający sposób bardzo zwyczajne, a przez to jeszcze bardziej smutne historie.
Bo Palmer umie opowiadać historie. Jak mało kto na dzisiejszej scenie muzycznej. Ma tak od zawsze - właściwie od swojej pierwszej płyty. Jest artystką, w przypadku której bez dwóch zdań trzeba zwracać uwagę na teksty, które śpiewa. Na każde słowo. Na znakomite pomysły. Na zaskakujące metafory. Na celne gry wyrazami i znaczeniami. I na równie celne refleksje o rzeczywistości. Jak choćby ta z piosenki „Grown Man Cry” - kąśliwa i nad wyraz trafiona uwaga o wokalistach udających, że śpiewają o uczuciach. Bo słuchając Palmer ani przez moment nie sposób zwątpić, że nie udaje ani trochę. Że to wszystko jest naprawdę. I dlatego to tak bardzo działa.
