Czyżby panie śpiewające najsmutniejsze piosenki świata zgodnym krokiem szły w stronę rocka? Ta piosenka to kolejny dowód.

REKLAMA

Najnowszy singel Reginy Spektor może być trochę zaskakujący. Trochę, bo przecież wiadomo, że rockowe granie, mocniejsze gitary i szybsze rytmy, nigdy nie były jej do końca obce - swego czasu nagrywała nawet wspólnie z pierwszymi królami nowej rockowej rewolucji, swoimi nowojorskimi krajanami z The Strokes. Ale znana i kojarzona była jednak przede wszystkim za sprawą zupełnie innego, dużo spokojniejszego i łagodniejszego brzmienia.
Spektor ma rosyjskie i żydowskie korzenie - urodziła się w Moskwie i spędziła tam pierwsze lata życia, dopóki jej rodzina nie postanowiła przenieść się do Nowego Jorku. Z punktu widzenia artystycznego rozwoju tej wokalistki, trudno wyobrazić sobie lepszej decyzji: ziarno jej niezwykłego talentu padło w tym równie niezwykłym mieście na wyjątkowo płodny grunt. Artystka najpierw zdobyła gruntowne, klasyczne wykształcenie muzyczne, ucząc się grać na pianinie. Ale bardzo szybko zaczęła interesować się innymi gatunkami, takimi, o których nie mogła się dowiedzieć w konserwatorium, a które w Nowym Jorku brzmiały na każdej ulicy, w każdym klubie i sklepie: rockiem, punkiem, hiphopem.
Pierwsze własne piosenki pisała będąc jeszcze nastolatką. Od razu związała się też z niezwykle aktywną w tym czasie nowojorską sceną muzyczną, a zwłaszcza tymi artystami, których charakterystyczny styl określano wówczas jako anti-folk. Epicentrum wybuchu popularności tego typu grania: akustycznego, przewrotnego, ironicznego, podejmującego zaskakujące tematy, była niewielka kawiarenka na East Village, SideWalk Cafe. To właśnie tam swoje pierwsze kroki stawiali muzycy legendarnej już dziś formacji Moldy Peaches - z jednym z nich, Jackiem Dishelem, kilka lat później Spektor wzięła ślub, to właśnie tam występowała po raz pierwszy przed publicznością, śpiewając swoje na poły melancholijne, na poły pełne specyficznego, lekko sardonicznego humoru, piosenki. Trochę podglądała starszych kolegów ze sceny anti-folkowej, trochę przypominała sobie muzykę, wśród której wzrastała jeszcze w Związku Radzieckim - tradycyjne rosyjskie romanse, trochę oglądała się na to, co się właśnie zaczynało dziać na alternatywnej scenie rockowej.
Efekt okazał się bardzo oryginalny i bardzo szybko znalazł swoich wielbicieli - o ile pierwsze nagrania Spektor rozchodziły się tylko pocztą pantoflową wśród jej bliższych i dalszych nowojorskich znajomych, każda kolejna płyta zdobywała coraz większą popularność. Po wydaniu czwartej, zaczęła być rozpoznawalna poza swoim miastem, po wydaniu piątej - „Begin To Hope” w 2006 roku, zyskała popularność na skalę międzynarodową. I nic dziwnego, bo była to zdecydowanie najciekawsza pozycja w jej dotychczasowej dyskografii, pełna smutnych piosenek z tekstami płynnie przechodzącymi od poetyckich metafor do nowojorskiego konkretu, od abstrakcyjnych refleksji do obserwacji wziętych z życia, od nawiązań biblijnych do cytatów z popkultury - sam Axl Rose nie mógł się przecież spodziewać, że jego „November Rain” stanie się pożywką dla tak pięknej piosenki jak „On The Radio”.
Na dwóch kolejnych płytach: „Far” z 2009 roku i o trzy lata późniejszym albumie „What We Saw From The Cheap Seats”, Spektor z powodzeniem rozwijała swój pomysł na piosenki, grając jednocześnie coraz większe koncerty. W Nowym Jorku potrafiła - mimo iście apokaliptycznego deszczu, który tego wieczoru zalał prawie cały Brooklyn - zapełnić swoimi fanami wielki, nieczynny, basen na Williamsburgu. W Polsce do łez wzruszyła kilka tysięcy tych uczestników Open'era, którzy stanęli pod sceną, kiedy występowała w ogromnym festiwalowym namiocie.
Nowy singel pojawia się zupełnie znienacka, zupełnie z zaskoczenia, w momencie, w którym kompletnie nic nie wskazywałoby na to, że może się pojawić - w końcu artystka przyzwyczaiła swoich wielbicieli do tego, że kolejne płyty wydaje w trzyletnim rytmie, a od wydania poprzedniej upłynął zaledwie rok. Zaskakujące jest też jego brzmienie: po płycie, na której Amandzie Palmer zamiast pianina akompaniuje rockowa The Grandt Theft Orchestra, a poszczególne piosenki mają czysto gitarowy charakter, Spektor też próbuje swoich sił w tego typu graniu. I radzi sobie całkiem nieźle w takiej, raczej dla niej nietypowej, aranżacji. A na dodatek potrafi wpleść do nowego utworu coś jakby drobne wspomnienie sprzed lat - łagodny, akustyczny fragment, który idealnie pasowałby gdzieś na „Begin To Hope”. Czy tak będzie brzmiała kolejna płyta artystki? I kiedy tak naprawdę ujrzy światło dzienne? Czy trzeba będzie na nią czekać jeszcze dwa lata, a ten singel będzie tylko małą osłodą na ten długi czas? Na razie wie to wszystko pewnie tylko sama Spektor. Na razie zamiast zadawać sobie te pytania, warto uważniej przysłuchać się jej premierowemu utworowi. W końcu przecież: „mamy czas”.