Dziś odbędzie się moja impreza urodzinowa i ta piosenka będzie idealna na jej zakończenie. A potem poproszę ten prezent, o którym jest ostatnia zwrotka.
REKLAMA
Dziś miałem chyba największy od czasu rozpoczęcia funkcjonowania tego bloga problem z wyborem piosenki, o której chciałem pisać. Albo może inaczej - właściwie nie miałem żadnego problemu, bo wiadomo przecież, że jeśli do wyboru jest utwór mistrza, wybrać trzeba właśnie tą piosenkę. Może więc po prostu - dziś miałem w głowie także sporo innych ciekawych propozycji do wyboru.
Bo jest przecież coś specjalnego w urodzinach, co sprawia, że powstało o nich tak wiele dobrych piosenek. Choćby ta, którą przypominam sobie w tym dniu już od wielu, wielu lat, „Birthday” The Sugarcubes, zespołu, w którym Bjork nie była już zbuntowaną na cały świat nastolatką z czasów grupy Kukl, ale nie była jeszcze podróżniczką po muzycznych światach, do których mi raczej nie po drodze, z czasów swej kariery solowej. Piosenka, w której słychać to wszystko co najlepsze w indie rocku z epoki, w której interesowała się nim tylko zagorzała garstka wielbicieli, słychać też jak znakomitą wokalistką jest ta dziewczyna.
Choćby ta, która jest tak mroczna i smutna, że trochę boję się jej słuchać, jak zresztą przecież mroczne i smutne są wszystkie piosenki tej grupy: „That Birthday Present” Szkotów z The Twilight Sad, uderzająca od pierwszych sekund potężną ścianą gitar, by po chwili, trochę znienacka, wyciszyć się trochę i zabrzmieć zaskakująco melancholijnie. To piosenka, która ma w sobie tyle mroku, że potrafi zniszczyć każdą, najbardziej choćby radosną urodzinową imprezę.
Choćby ta, zespołu, który uwielbiałem za jego typową brooklyńską dezynwolturę, która sprawiła, że nigdy nie wyrwał się z Brooklynu i nie dał szansy poznać się nikomu poza mieszkańcami tej dzielnicy: „The Birtday Wars” Oxford Collapse. Oparta na znakomitej melodii, niedbale zaśpiewanej linii wokalnej, przylepiającym się gdzieś w głowie na bardzo długo refrenie i brudnym, celowo, a może i nie celowo, niedopracowanym brzmieniu.
Choćby trochę indie rockowej klasyki: „Birthday” The Jesus And Mary Chain albo radosna chyba trochę do przesady „Happy Birthday” The Wedding Present. Choćby dobry na wszystko Conor Oberst i jego nieco egocentryczne „Happy Birthday To Me” firmowane nazwą jego najsłynniejszego projektu, Bright Eyes. Choćby wreszcie najnowsza fascynacja brooklyńskich hipsterów, zespół Hospitality i jego piosenka „The Birthday”.
Ale koniec końców konkurencję wygrywa Morrissey, który zresztą ma w dorobku dwie piosenki znakomicie nadające się do tego, żeby zepsuć urodzinową imprezę. Wiele lat temu, kiedy był jeszcze wokalistą The Smiths, napisał przejmujący utwór „Unhappy Birthday”, a na swej ostatniej płycie zamieścił absolutnie zachwycającą piosenkę „It's Not Your Birthday Anymore”. Od kilku lat konsekwentnie kończę nią każdą swoją urodzinową imprezę, zastanawiając się, co przyniesie kolejny dzień i kolejny rok. I zastanawiając się, czy tym razem ktoś da mi ten prezent, o którym śpiewa Morrissey na końcu tej piosenki, ten, z którym nie może się równać cała reszta prezentów.
Przemysław Gulda
