Dzięki tej piosence można próbować na nowo uwierzyć w ten zespół, który przez ostatnie miesiące robił bardzo dużo, żeby zniechęcić do siebie nawet największych wielbicieli.
REKLAMA
Moje relacje z zespołem Glasvegas są długie i skomplikowane, jak to relacje. Przyciągał mnie do siebie i zachwycał, żeby zaraz potem brutalnie odpychać i odrzucać, jak to w życiu. Nie kupiłem go od samego początku: najpierw trochę mnie odrzuciła gorączka, która narosła wokół niego, zanim tak naprawdę zdążył zaistnieć, ten cały medialny szum, to usilne kreowanie „następnej wielkiej rzeczy”, które tak często odbywa się zupełnie na siłę i bezpodstawnie. Ale bardzo szybko dotarło do mnie, że w tym przypadku podstawy akurat są. I to bardzo mocne. W efekcie, kiedy tylko nadarzyła się pierwsza okazja, żeby zobaczyć ten zespół na żywo, nie wahałem się ani chwili i wyruszyłem w jedną z najbardziej wariackich spośród swoich licznych w tamtym czasie koncertowych podróży do Berlina. Byłem tam dokładnie dwie godziny: tyle, żeby dobiec z Alexanderplatz do maleńkiego klubu, w którym odbywał się ten koncert, zobaczyć krótki, trwający trochę więcej niż pół godziny, trochę mniej niż trzy kwadranse, występ i natychmiast gnać na powrotny autobus do Szczecina, żeby całą noc czekać tam na pierwszy pociąg do domu. Absurdalne ponad dwadzieścia godzin w podróży, żeby zobaczyć kilka zagranych na żywo piosenek. Ale nie żałowałem ani przez chwilę. Bo debiutancką płytę grupy znałem na pamięć i trudno byłoby mi wskazać na niej jakiś słaby punkt.
Potem przyszła kolejna, zaskakująco ważna, płyta, do której wracam regularnie, co rok. W święta, bo to - było nie było - album świąteczny. I jest to bodaj jedyny, albo przynajmniej jeden z bardzo nielicznych przypadków, kiedy album świąteczny jest możliwy do zaakceptowania. Nie jest tylko męczącym słuchacza wynikiem powinności, którą dziwnym trafem czuje tak wielu muzyków, powinności, żeby nagrać album świąteczny. Wręcz przeciwnie - jest zbiorem piosenek, które trudno zapomnieć, niezależnie od pory roku. Bo i nie jest to raczej standardowy album świąteczny, na którym gitarzyści rozpaczliwie kombinują, jak na swych instrumentach zagrać melodie popularnych kolęd, a spomiędzy generowanych przez nich dźwięków, co i rusz słychać dzwonki sań. To jest świąteczny album, na którym zespół odtwarza jakże banalną w jakimś sensie i jakże niebanalnie w jakimś sensie opowiedzianą historię miłosną, to jest świąteczny album, na którym znalazła się piosenka ze słowem „fuck” w tytule (wcześniej podobnym osiągnięciem mogli się popisać co najwyżej zawadiaccy amerykańscy punkowcy z zespołu Fear), to jest świąteczny album, na który trafiła jedna z najpiękniejszych i najsmutniejszych, choć przecież jakże prostych zarazem, piosenek miłosnych świata: „Please Come Back Home”.
Ale potem zaczęło się coś psuć w tym zespole. Zmiany składu, niezła, ale jednak trochę rozczarowująca druga pełnowymiarowa płyta i wreszcie jedno z największych rozczarowań koncertowych w moim życiu - występ na festiwalu Hurricane w 2012 roku. Tym bardziej bolesne, im bardziej zachwycające były wcześniejsze koncerty tej grupy, które miałem okazję zobaczyć. Choćby dwa znakomite występy na kolejnych edycjach festiwalu Glastonbury, zwłaszcza ten drugi, na wielkiej scenie, z porywającymi efektami świetlnymi: tryumfalne, jak się miało okazać, zamknięcie pierwszego okresu w historii zespołu.
Na tym feralnym koncercie w Niemczech wokalista grupy bełkotał, miotał się bezładnie po scenie, śpiewał nie tą piosenkę, którą grała reszta zespołu, albo nie śpiewał w ogóle. Przykro było oglądać ten narkotykowy, bezprzytomny lot, zmierzający prosto ku katastrofie. Jedyna nadzieja była w tym, że James Allen próbował walczyć ze swoim nałogiem, że zdarzało mu się na tyle pozbierać rozsypane części tego, z czego się składał, żeby zagrać przyzwoity koncert - jak ten w Budapeszcie, na festiwalu Sziget, kilka tygodni po Hurricane.
Aż przyszedł czas na kolejną płytę. Muzycy zaczęli o niej wspominać już wiosną - właśnie wtedy pojawił się pierwszy singel, który ją promował, piosenka „I'd Rather Be Dead (Than Be With You)”. Dziś przypominają o sobie kolejnym - kompozycją o krótkim tytule i długim teledysku, którego specjalną gwiazdą jest kultowy aktor William Shatner. Piosenką obiecującą i dającą nadzieję. Piosenką ironicznie autotematyczną, piosenką z intrygującym cytatem z klasyków nowej fali. Piosenką, która sprawia, że warto przypomnieć sobie o tym zespole, warto czekać na jego nową płytę, że wciąż jeszcze nie można postawić na nim krzyżyka i zapomnieć o nim na zawsze.
