Pojawiła się zupełnie znienacka, narobiła sporego zamieszania na scenie alternatywnej, potem zniknęła na wiele miesięcy, żeby niedawno powrócić z nową płytą.
REKLAMA
Tak naprawdę nazywa się Katie Stelmanis, urodziła się w połowie lat 80-tych w Toronto, w typowej dla Ameryki Północnej mieszanej rodzinie: jedno z jej rodziców pochodzi z Łotwy, a drugie z Kanady. Od dziecka było wiadomo, że będzie muzykiem - rodzice szybko zauważyli jej talent i wysłali ją do szkoły muzycznej. Występowała na scenie już w wieku dziesięciu lat, choć oczywiście nie były to występy, które miały wiele wspólnego z tym, co robi na scenie dziś. Była wówczas członkiem dziecięcego chóru wykonującego specjalnie zaaranżowane na dziecięce głosy arie operowe.
Kiedy osiągnęła pełnoletni wiek, jej życie nagle przyspieszyło: wyprowadziła się z domu, zadeklarowała głośno swoją nieheteronormatywność i założyła zespół, któremu daleko było do arii operowych, dziewczęce trio Galaxy. To już było coś, ale jeszcze nie do końca to. Zespół skończył się, zanim się jeszcze na dobre zaczął, dochodząc na drabinie kariery w zasadzie tylko do szczebla kameralnych koncertów w piwnicach, dla znajomych i tych, którzy przyszli wypić z nimi piwo, a najchętniej - poderwać ich na jakieś puste, acz robiące dobre wrażenie teksty i czym prędzej ich stamtąd wyciągnąć.
Stelmanis okazała się jednak uparta. Nie tylko nie dała za wygraną, ale postanowiła iść za ciosem, nawet jeśli okazał się on nieco chybiony i nieskuteczny. Postanowiła, że tym razem musi się udać. Zaczęła od nagrania solowej płyty, zatytułowanej „Join Us”, która ukazała się nakładem działającego w Toronto artystycznego kolektywu, z którym związanych było sporo ważnych muzyków z tego miasta, m.in.: współpracownik zespołu Arcade Fire, skrzypek, kompozytor i aranżer Owen Pallet czy hard core'owy zespół z ambicjami, Fucked Up. Płyta nie okazała się wielkim sukcesem komercyjnym, ale doświadczenia, które wokalistka zdobyła podczas jego nagrywania i promocji okazały się bezcenne. W 2008 roku gościnnie wystąpiła na przełomowej płycie grupy Fucked Up, zatytułowanej „The Chemistry Of Common Life”, a kilka miesięcy później była gotowa do przygotowania nowego materiału pod nowym szyldem - tak zrodziła się grupa Austra, nazwana tak od drugiego imienia swojej liderki.
Wystartowała od bardzo mocnego akcentu - promujący debiutancki album nowej grupy singel „Lose It” zwracał uwagę od razu: nieco mroczną warstwą muzyczną i niezwykle mocnym, charakterystycznym głosem wokalistki. To był jeden z najmocniejszych utworów 2011 roku, znakomity wstęp i zaproszenie do całej płyty, albumu zatytułowanego „Feel It Break”.
Nie będzie zbytnim szafowaniem mocnymi słowami użycie wobec tego debiutu określenia „objawienie” - potwierdza to krótkie przypomnienie wydarzeń związanych z tą płytą: ukazała się w maju, a w czerwcu już był nominowany do prestiżowej nagrody Polaris Music Prize - najważniejszego lauru muzycznego w Kanadzie. Zespół przegrał tylko o włos i to z nie byle kim - grupą Arcade Fire, która przecież w tym czasie wydała właśnie swój epicki i kanoniczny właściwie już w chwili, kiedy się ukazał, album „The Suburbs”.
Potem o zespole Austra zrobiło się jakby trochę ciszej. Powrócił kilka tygodni temu z nową płytą, zatytułowaną „Olympia”. I nawet jeśli nie ma niej utworu o takiej mocy jak „Lose It”, bez trudu można tam znaleźć sporo momentów, które robią wrażenie. Wrażenie robią też koncerty grupy podczas trasy promującej najnowszy materiał - zaczęło się już wczesną wiosną na festiwalu SXSW w Austin, gdzie tworzące grupę artystki dały porywający występ w jednym z małych klubów. Choć był środek dnia, żar lał się z nieba, a więc warunki do grania raczej posępnej muzyki nie były najlepsze, udało się im stworzyć nastrój, który wyraźnie poruszył wszystkich, którzy stali pod sceną.
O tym, jak znakomicie ten zespół wypada na żywo będzie się można na szczęście przekonać w Polsce - już za moment wystąpi na katowickim Off Festiwalu.
