Na płycie brzmią jak zespół z innych czasów, jak młodsi bracia muzyków z The Horrors. Czy na żywo wypadają równie porywająco, będzie się można przekonać już za kilka dni na ich jedynym koncercie w Polsce.
REKLAMA
To bez dwóch zdań jeden z ciekawszych zespołów, które pojawiły się ostatnio na brytyjskiej scenie muzycznej. Grupa powstała trzy lata temu w Londynie, sformowana przez członków formacji Joe Lean & The Jing Jang Jong. Formacji nader pechowej i niezrealizowanej: choć jej pierwsze koncerty i single spotkały się z nader gorącym, entuzjastycznym wręcz, przyjęciem ze strony zarówno, bezlitosnej przecież często, brytyjskiej krytyki, a także - publiczności, zespołowi nie udało się koniec końców opublikować swego debiutanckiego pełnowymiarowego materiału - a był przecież nagrany i do publikacji w pełni gotowy. Lider zespołu postanowił raczej zająć się karierą aktorską, a jego pozostali członkowie stwierdzili, że pora zacząć coś zupełnie nowego - w ten właśnie sposób pojawiła się myśl o założeniu grupy TOY. Jak przystało na klasycznie rozwijającą się karierę muzyczną, grupa zaczęła od wydania kilku singli na przełomie lat 2011 i 2012. Okazały się one na tyle ciekawe i przebojowe - nawet jeśli była to przebojowość bardzo nieoczywista i niekonwencjonalna - żeby zwrócić na zespół uwagę publiczności. Droga do wydania debiutanckiego albumu była otwarta i tym razem muzycy nie zmarnowali szansy. Płyta, z nazwą zespołu w tytule, ukazała się jesienią 2012 roku i zebrała sporo dobrych recenzji. Muzycy szybko próbowali iść za ciosem i grać jak najwięcej koncertów - byli gośćmi najnowszej edycji teksańskiego festiwalu SXSW, gdzie dali porywający koncert, podczas jednego z upalnych popołudniowych showcase'ów. Ale na najważniejsze tegoroczne festiwale letnie się nie załapali. I trudno właściwie powiedzieć dlaczego. Na szczęście udało się zaprosić zespół do Polski - lada dzień zagra swój jedyny polski koncert na wypełnionym prezentacjami bardzo obiecujących debiutantów z całej Europy festiwalu Soundrive w nowym gdańskim klubie B90.
Kiedy słucha się płyty „Toy” nie sposób nie zauważyć, że brzmi ona jakby została nagrana przez nieco młodszych braci muzyków z grupy The Horrors - z okresu, kiedy ci ostatni porzucili już swój makabryczno-horrorowy anturaż i postawili raczej na rozbudowane, transowe, lekko psychodeliczne kompozycje. Dokładnie tak brzmi właśnie spora część piosenek na tej płycie: oparte są one na, w większości przypadków bardzo wpadających w ucho, melodiach, ukrytych pod kilkoma warstwami rozpędzonych, brudnych gitar. Nie zabrakło też swego rodzaju lustrzanego odbicia swoistej ballady w wykonaniu grupy The Horrors, czyli piosenki „Who Can Say” - na bardzo podobnym pomyśle oparty jest przecież singlowy utwór „Heart Skips a Beat” - ocierający się o rzewność, ale uciekający od niej za sprawą brudnego brzmienia, ocierający się o niemal popową przystępność, ale uciekający od niej za sprawą psychodelizujących partii poszczególnych instrumentów. Ale to wcale nie zarzut - The Horrors to jeden z ciekawszych brytyjskich zespołów alternatywnych ostatniej dekady i bardzo dobrze, że doczekał się naśladowców. I do tego - naśladowców tak zdolnych jak muzycy grupy TOY.
A jeśli chodzi o powiązania rodzinne, to - owszem - muzycy The Horrors mają prawdziwych „młodszych braci” - przecież liderem grupy S.C.U.M. jest brat klawiszowca tej formacji. Nie koniec na tym - wokalista i gitarzysta TOY to z kolei młodszy brat artystki znanej z zespołu The Pipettes, Rose Elinor Dougall. Ale, jak widać, tym razem więzi krwi poszły zupełnie innymi drogami niż więzi artystyczne.
