Ta płyta brzmi jak jakieś zaginione taśmy z lat 80-tych, znalezione cudem na strychu wytwórni Factory w Manchersterze. A nagrało ją rok temu czterech nastoletnich punków ze Szwecji.

REKLAMA
Jest ich czterech, nie mają nawet dwudziestu lat, niektórzy z nich wciąż mieszkają z rodzicami - po trasie koncertowej, podczas której objechali pół świata, grzecznie rozjechali się do rodzinnych domów. Ale czy to wszystko ma jakiekolwiek znaczenie, kiedy nagrywa się tak dobre piosenki?
Zespół Holograms powstał właściwie bardzo niedawno, zaledwie kilkanaście miesięcy temu, kiedy czterech młodych chłopaków ze Sztokholmu i okolic zaczęło spotykać się na koncertach, punkowych imprezach, undergroundowych pubach, a przede wszystkim - w fabryce, w której pracowali. Tak jakby wiedzieli, że praca w fabryce będzie znakomicie pasować jako tło historii zespołu, grającego muzykę, jaką mieli zamiar grać razem.
Wcześniej mieli doświadczenia w innych zespołach, słuchali i grali właściwie od dziecka. Bardzo szybko zauważyli, że fascynuje ich dokładnie ta sama muzyka: wczesny punk rock z lat 80-tych, najchętniej ten nasączony dość mocno post-punkową i zimnofalową estetyką, że fascynuje ich podejście muzyków z tamtych czasów do swojej twórczości: idea „do it yourself”, która w praktyce oznaczała całkowitą kontrolę nad tym, co się nagrywa, jak się nagrywa i jak się to potem publikuje.
Idąc tą drogą nagrali swój debiutancki album, nie oglądając się na mody, na potrzeby rynku, na inne zespoły. Od początku mieli swój własny pomysł na muzykę i realizowali go z pełną konsekwencją. Ale są też oczywiście dziećmi XXI wieku i zamiast kopiować w domu kasety i kserować okładki, jak muzycy zespołów, które najbardziej szanują, postanowili skorzystać z dobrodziejstw internetu. Okazało się, że są w tym bardzo skuteczni, a na dodatek - że ich talent został błyskawicznie dostrzeżony: ich debiutancki materiał postanowili wydać szefowie brooklyńskiej wytwórni Captured Tracks, w której katalogu znaleźć można tak ważne dla współczesnej amerykańskiej sceny alternatywnej zespoły jak m.in.: DIIV, Wild Nothing czy Beach Fossils.
Z jednej strony więc kontrakt z prestiżowym wydawnictwem, z drugiej - trasy po Europie za ostatnie pieniądze, w zardzewiałym vanie, zupełnie jak w latach 80-tych. Z jednej - recenzje i wywiady w poczytnych muzycznych mediach, z drugiej - codzienna praca w tej samej fabryce, w której się poznali. Taki etos. Taki los.
Miałem okazję zobaczyć ich na scenie - na festiwalu Eurosonic, wśród dziesiątek innych europejskich zespołów, które próbują podczas tej zimowej imprezy w holenderskim Groningen zwrócić na siebie uwagę branży muzycznej. Szwedom zdecydowanie się to udało. Zagrali tam znakomity koncert, w którym nie było śladu gwiazdorstwa, śladu bezczelnej pewności siebie, były raczej zaciśnięte zęby i widoczne przez cały koncert przekonanie, że ci muzycy dokładnie wiedzą, czego chcą i że w imię popularności i sławy nie zrobią choćby pół kroku w bok z obranej drogi. Nawet jeśli prowadzi ona przez ciemne zakamarki i niepewne zaułki.
Szwedzi nie poddają się ani trochę - właśnie nagrali materiał na drugą płytę, która ma się ukazać nakładem Captured Tracks już we wrześniu. Ponoć brzmi jeszcze bardziej surowo, choć jednocześnie - mocniej i ciężej. A na razie będzie się można przekonać, jak ta czwórka muzyków wypada na koncercie - na jedynym ich występie w Polsce, w Gdańsku, podczas festiwalu Soundrive.