Te dwie minuty to prawdziwy festiwal programowej głupoty, złego gustu i jakiegokolwiek braku rozwagi. Aż wstyd to promować. Ale co zrobić, kiedy to takie urocze.

REKLAMA
Był kiedyś punkowy zespół T.S.O.L. - nadużywane bardzo mocno w mediach słowo legenda, byłoby w tym przypadku sporą przesadą, wystarczy chyba stwierdzić, że to jedna z tych formacji, którą starzy punkowcy do dziś pamiętają i wspominają z sentymentem, nawet jeśli jej płyty mają schowane gdzieś za albumami pierwszoligowych formacji tego gatunku. Ale tym razem wcale nie chodzi o to, że zespół nadal istnieje - choć rzeczywiście istnieje, że nadal nagrywa płyty - choć rzeczywiście nagrywa i że nadal cieszy swoich fanów - choć rzeczywiście cieszy. Dziś chodzi o zupełnie inny dowód na to, że punk bywa bardzo żywotny. Dziś chodzi o... dzieci jednego z członków tamtej grupy, grającego - niezależnie od tego, jak bardzo niepunkowe mogłoby się to wydawać - na klawiszach, Grega Kuehna. A dokładniej jego dwóch synów: Elvisa (tak syna mógł nazwać tylko rock'n'rollowy truefan) i Maxa. Wychowując się w punk rockowym domu, chłopcy nie mogli nie chcieć zostać punkowcami, nie mogli nie chcieć grać muzyki. Nic więc dziwnego, że już od wczesnych nastoletnich czasów występowali w różnych, mniej lub bardziej, ale raczej bardziej, amatorskich i garażowych zespołach. Zespołach, które początkowo były raczej żartami niż zespołami z prawdziwego zdarzenia. Zespołami, których nie znał nikt, poza najlepszymi kumplami muzyków.

Ale koniec końców jeden z tych zespołów, który na początku też był raczej żartem - i, swoją drogą, żartem w pewnym sensie pozostał do dziś - zaczął zdobywać popularność coraz większą.
To właśnie Fidlar, grupa która zrodziła się gdzieś między brzmiącym nieustannie punk rockiem garażem braci Kuehnów, a halfpipem, na którym spędzali całe godziny, ucząc się najróżniejszych skateboardowych sztuczek. Czyli dokładnie jak mniej więcej trzy dekady temu, kiedy sceny: punkowa i skate'owa w Kalifornii szły zgodnie w ramię w ramię. I na każdym kroku widać, że ten zespół usytuował się gdzieś dokładnie w połowie drogi między jednym a drugim. Jego nazwa to skrót od popularnego wśród kalifornijskich skaterów hasła „Fuck It Dog, Life's A Risk”. Jej muzyka idealnie nadaje się jako tło do popisów na desce. Jej teksty idealnie pasują do iście wariackiego stylu życia, który jest częścią skatowego etosu. I jeszcze ten zabawny drobiazg, który można zobaczyć na bałaganiarskich, pełnych chaosu i hałasu koncertach Amerykanów: wszystkie swoje gitarowe efekty mają przymocowane do... pozbawionych kółek skateboardów.
Po kilku latach wspólnego grania, jeżdżenia na desce, picia alkoholu i robienia innych, absolutnie nierozsądnych rzeczy, braciom Kuehl i ich dwóm kolegom z zespołu, udało się nagrać debiutancki album - płytę z nazwą zespołu w tytule, wypełnioną ultra radosnymi piosenkami o samych nierozsądnych sprawach. Chwilę później poprawili jeszcze ten celny cios drobiazgiem w postaci nie trwającej nawet dziesięciu minut epki z czterema utworami, zatytułowanej z typową dla tej grupy dezynwolturą: „Shit We Recorded In Our Bedroom”. I to właśnie ten krótki materiał otwiera ten utwór - prawdziwy alternatywny przewodnik po tytułowym zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Chciałoby się wręcz napisać, że to punkowo-skatowy West Coast w pigułce, choć ta metafora w tym kontekście brzmi zdecydowanie zbyt wieloznacznie.
I tylko jedna rzecz zdaje się tu zupełnie nie pasować, ale w jakimś sensie pasuje idealnie - to Henry Rollins, którego młodym muzykom udało się namówić do udziału w, składającym się z fragmentów starych filmów, a nawet - bo czemu nie - reklam, teledysku. Bo przecież z pozoru ta piosenka w całości opowiada dokładnie o tym, przed czym Rollins przestrzega i do czego nie robienia namawia podczas swoich znakomitych występów. To, co się dzieje w tym utworze to przecież dokładne przeciwieństwo promowanej przez niego idei straight edge, czyli pomysłu, żeby żyć bez najróżniejszych używek, które odbierają trzeźwość umysłu. Na szczęście wygląda na to, że i młodzi muzycy z Fidlar, i stary mistrz, mają wielki dystans do tego, co robią. I jeśli ma to przynosić takie znakomite efekty, jak ta piosenka - jestem bardzo za.