To jest kolejna z historii takich, jak ta o Rodriguezie, takich, których się szuka, szperając w pudłach ze starymi, zapomnianymi płytami w sklepach muzycznych.
REKLAMA
Wszystko zaczęło się w Detroit w połowie lat 70-tych, czyli w czasach, kiedy na scenie muzycznej królowały różne mocno już zmęczone same sobą gatunki, kiedy biali artyści skupiali się przede wszystkim na coraz bardziej wirtuozerskich solówkach, a czarni - coraz bardziej tanecznych rytmach, kiedy wszystkie role w tym przedstawieniu zdawały się być rozdane i kiedy nie widać było żadnych widoków na najmniejszą zmianę.
Bo przecież nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że już za kilka lat czara się przepełni, a kilka kropel sprawi, że wszystko wyleje się na stół, plamiąc obrus i wszystko dookoła. Że kilku nie do końca zdecydowanych dlaczego i na co, ale jednak dość wściekłych Anglików, da się wodzić za nos współwłaścicielowi butiku, który skieruje ich bunt przeciwko królowej, porządkowi publicznemu i statecznej obyczajowości, robiąc na nich przy okazji spore pieniądze. Że kilku zdesperowanych, żeby wyrwać się ze swojego dotychczasowego, miałkiego życia nowojorczyków, postanowi nosić takie same ciuchy, podpisywać się tym samym nazwiskiem i wymyślić jedną piosenkę, którą będą potem w doskonały sposób grać na różne sposoby przez kolejne dwie dekady. Że to wszystko pociągnie za sobą skutki, których nikt nie mógł wcześniej przewidzieć: przestawienie z góry na dół całej hierarchii muzycznego biznesu, wyśmianie tego, co było święte i nienaruszalne, uwznioślenie tego, co wyszydzane. Nikt nie mógł się tego spodziewać.
Nikt też nie spodziewałby się, co robili na poddaszu swego rodzinnego domu trzej bracia, czarnoskórzy nastolatkowie, którzy nie widzieli dla siebie żadnej przyszłości, nie tylko w rodzinnym Detroit, ale i w całej reszcie świata, nie chcieli też - zgodnie z rasowym stereotypem - grać piosenek, które mogłyby trafić do dyskotekowej mekki - klubu 54. Nic z tego. Trzech bezczelnych szczeniaków bez przyszłości grało muzykę przyszłości, muzykę, która dopiero miała się narodzić, którą dopiero ktoś miał wymyślić. Muzykę, którą dopiero później będzie można tak łatwo odnosić do innych płyt, do twórczości innych zespołów, ale w momencie, w którym powstawała, nie było szans na takie odniesienia.
A więc niewiele zabrakło, żeby to właśnie ci muzycy wymyślili punk rock i żeby to od nich zaczynała się każda kronika tego gatunku. Ale jak kronika może zaczynać się od śmierci. A taką wybrali sobie nazwę. I za nic nie chcieli jej zmienić. I kiedy udało im się po wielu próbach znaleźć kogoś, kto chciał tę muzykę wyprodukować, a potem wydać, wszystko nagle stanęło w miejscu, kiedy okazało się, że dla braci Hackneyów wierność sobie jest ważniejsza od potencjalnej sławy, a może nawet - choć przecież nikt z nich nie mógł jeszcze wtedy nawet o tym marzyć - wejścia na trwałe do muzycznych annałów. I kiedy wydawca zażądał zmiany nazwy, powiedzieli, że nie ma mowy, choć przecież wiedzieli, że to oznacza, że nie ma mowy o tym, żeby ich płyta ujrzała światło dzienne.
Potem zaczęła się tradycyjna droga od niedoszłego bohatera do zera, albo nawet - mniej niż zera. Muzycy tworzący sekcję rytmiczną grupy zaczęli grać w przeciętnym i znanym tylko fanom gatunku zespole reggae, lider zaś popadł w alkoholizm i zmarł nie doczekawszy się uznania.
Na szczęście przetrwały taśmy matki z sesji do niedoszłego debiutanckiego albumu, do których dotarli zapalczywi fani, którzy przez kompletny przypadek natknęli się na muzykę grupy - drobną część tamtych nagrań, wydanych na winylowym singlu przez jej członków. Po nitce do kłębka, niedokończona przez wiele lat historia domknęła się po prawie czterech dekadach, kiedy zespół wreszcie doczekał się należnego mu bez dwóch zdań uznania, wydania płyty, szacunku ze strony fanów, a nawet trasy koncertowej w składzie tak bardzo bliskim oryginałowi, jak to tylko możliwe. Musiały minąć prawie cztery dekady, żeby przestała komukolwiek przeszkadzać nazwa Death i żeby mogła stać się początkiem tej niezwykłej historii.
