Ten zespół jest gdzieś z absolutnego końca świata, z miejsca najbardziej odległego, jak to tylko możliwe, ale gra muzykę, za sprawą której zupełnie nowego znaczenia nabiera słowo „bliskość”.

REKLAMA
„The Naked And Famous od samego rana. Cudowne” - napisała. A potem pisała tak prawie codziennie, jakby wiedząc, przeczuwając i domyślając się, że robię dokładnie to samo - codziennie budzę się, żyję cały dzień i zasypiam przed świtem z tą płytą. I nie mogę ani przez moment przestać o niej myśleć.
Przez cały czas zachodzę też w głowę i próbuję sobie za wszelką cenę uświadomić, jak to się mogło stać, że tak długo ocierałem się o ten zespół, tak długo mijałem się z nim o krok, ale dopiero teraz, po wielu miesiącach, po kilku płytach dotarło do mnie, jaki jest dobry, oryginalny, ciekawy, wciągający i zachwycający.
Zaczęło się dawno i daleko. Już ponad pół dekady temu, w Auckland, na Nowej Zelandii, miejscu które jest tak daleko, że trudno właściwie stwierdzić, czy w ogóle jeszcze jest prawdziwe, spotkała się dwójka młodych ludzi: Thom Powers i Alisa Xayalith. Spotkała się i bardzo szybko okazało się, że będą razem robić muzykę. Zaczęli grać próby, zaczęli pisać pierwsze piosenki, zaczęli myśleć o koncertach i nagraniach. Trzeba było więc czym prędzej wymyślić nazwę, którą można by sygnować własną twórczość. Nie zastanawiali się długo - wybrali słowa z piosenki jednego ze swych ulubionych wówczas wykonawców, Tricky'ego. Pomysł był pewnie i dobry, ale zaowocował jedną z najmniej medialnych nazw na dzisiejszej scenie alternatywnej. Nazwą, która nie pasuje, zaskakuje, a momentami nawet uwiera.
Mniej więcej wtedy miałem okazję po raz pierwszy i wciąż jeszcze jedyny zobaczyć ten zespół na koncercie. A dokładniej - zobaczyć jego krótki występ na tradycyjnym nowozelandzkim showcase'ie, który zawsze organizowany jest pierwszego wieczoru nowojorskiego festiwalu promocyjnego CMJ. I... Nie zwróciłem wtedy uwagi na tę grupę. Może dlatego, że nie była ona jeszcze wtedy tym, czym jest teraz - to były dwa przestraszone dzieciaki z kraju na końcu świata, niepewne tego, czy wszystko pójdzie dobrze, a już zwłaszcza tego, jak zostaną przyjęte przez nowojorską publiczność, która przecież widziała już wszystko i nie jest łatwo ją porwać. Może dlatego, że byłem wtedy na jakimś zupełnie odległym biegunie wrażliwości, zupełnie nieczuły na takie granie i takie emocje.
Potem ukazała się pierwsza płyta, z tytułem, który wtedy sprawił na mnie wrażenie po prostu jakiejś zwykłej i mało inspirującej gry słów, a dziś wydaje mi się tak bliski, jakby wzięty z co najmniej kilku fragmentów mojego życia: „Passive Me, Aggressive You”. I ta płyta, choć już czułem, że coś się święci, już wiedziałem, że ci muzycy mają niezwykły talent do pisania przebojowych kompozycji i poruszania się z wdziękiem gdzieś między brzmieniami akustycznymi, a elektronicznymi, między graniem piosenkowym a klubowym, też nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jakie - wiem to dopiero z dzisiejszej perspektywy - powinna na mnie zrobić.
Bo musiał nadejść dopiero ta stanowczo za wczesna, tak jak zawsze jest absolutnie za wczesna, jesień, żeby dotarło do mnie wszystko, w całej rozciągłości - kiedy pierwszy raz przesłuchałem najnowszej płyty zespołu, albumu zatytułowanego „In Rolling Waves”, zaniemówiłem. Tak dobrej płyty nie słyszałem od dawna. Tak znakomitych pomysłów nie było od miesięcy na żadnym albumie. Tak piękne piosenki mało kto już dziś nagrywa. I gdybym miał wybrać jeden utwór z tego albumu, miałbym naprawdę spore trudności, bo niemal każda z piosenek ma w sobie coś niezwykłego i magnetycznie przyciągającego, powodującego, że chce się tej długiej płyty słuchać wciąż i wciąż. Uwielbiam takie niespodzianki. Uwielbiam się tak mylić co do zespołów.