Ta piosenka to świetny dowód, że w globalnej wiosce nadal istnieją jeszcze plemiona, które nie chcą albo nie potrafią przebić się przez granice.
REKLAMA
Globalizacja, światowy rynek, globalna wioska - wszystko się zgadza. I coraz bardziej dotyczy oczywiście także sceny muzycznej. Bo dziś przecież łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej szukać fanów na drugim końcu świata, promować swoją muzykę daleko od domu, budować popularność w skali międzykontynentalnej. Przykładów można bez zastanowienia się podać przecież mnóstwo. Ale z drugiej, całkiem w tym kontekście zaskakującej strony, wciąż pojawiają się sytuacje zupełnie odwrotne, sytuacje jakby kompletnie sprzed ery światłowodów, portali społecznościowych i innych nowych mechanizmów, za sprawą których wydaje się, że nic już nie może być takie jak dawniej. A jednak. To najlepszy przykład - artystka, która w swej ojczyźnie zaczyna się cieszyć niemal kultową popularnością, a poza nią jest niemal zupełnie nieznana, współtwórczyni fenomenu - bo tak naprawdę nie tylko o nią tu chodzi, ale o całe środowisko muzyków, poruszających się w podobnych muzycznych rejonach - który jakoś zupełnie nie może się przyjąć w Europie.
Środowisko środowiskiem, ale ona sama i jej kariera to niezłe fenomeny. Kto inny może się bowiem pochwalić, że w ciągu kilku lat przewinął się przez skład trzech bardzo popularnych i cenionych zespołów, żeby koniec końców skupić się na solowej, równie udanej, karierze? Frankie Rose jest naprawdę wyjątkowa.
Jej muzyczna droga zaczęła się tam, gdzie zaczyna się wiele ważnych muzycznych dróg: na Brooklynie. To właśnie tam powstał zespół, który już niedługo był na ustach wszystkich, interesujących się amerykańską muzyką alternatywną - Vivian Girls. Trzy młode dziewczyny, z Polką na czele i Frankie Rose u jej boku, grały prosty, surowy, brudny do cna, ale w jakimś sensie urzekający i wciągający gitarowy indie rock. I kiedy zespół wychodził właśnie ze swojej brooklyńskiej piwnicy na wielkie sceny w całych Stanach, Rose już w nim nie było. Była za to w składzie kolejnego zespołu na skraju wielkiej popularności, tworzyła fundamenty kolejnego wielkiego sukcesu na alternatywnej scenie - tym razem chodziło o grupę Crystal Stilts. A potem sytuacja powtórzyła się jeszcze raz - kiedy o grupie robiło się coraz głośniej i zaczynała grać koncerty na coraz większych scenach, artystka opuściła jej szeregi. I tym razem wylądowała w kolejnym szykującym się właśnie do startu do wielkiej popularności składzie: grupie Dum Dum Girls, jeszcze jednym czysto dziewczęcym zespole na jej artystycznym szlaku, jeszcze jednym grającym muzykę brudną, ale uwodząco przebojową.
Ale i to nie okazało się ostatnim przystankiem dla wiecznie niespokojnego ducha - koniec końców, w ostatnich miesiącach poprzedniej dekady, Rose zaczęła budować własny skład i nagrywać swoje własne utwory. Ale znów pokazała, że nie lubi za długo pracować z tymi samymi ludźmi - jej pierwsza solowa płyta firmowana była jeszcze jako Frankie Rose And The Oats, ale kolejna podpisana była już tylko samym imieniem i nazwiskiem artystki. Ta płyta, album „Interstellar” , wydany w ubiegłym roku, był swego rodzaju przełomem, a może tylko potwierdzeniem, że amerykańska publiczność bardzo kocha taką muzykę i bardzo kocha takie historie. Rose zbierała same dobre recenzje i wyprzedawała największe kluby. Na jej kolejny album czekał prawdziwy tłum wielbicieli. Doczekał się właśnie teraz - jej trzecia solowa płyta zatytułowana jest „Herein Wild” i właśnie się ukazała nakładem wytwórni Fat Possum Records. To też ważna informacja, kolejny dowód na niestałość tej artystki - przez całe lata związana była z oficyną Slumberland, mocnym graczem na alternatywnej scenie, tylko po to, żeby go porzucić kiedy dostała propozycję, która wydała jej się ciekawsza i atrakcyjniejsza. Niektóre dziewczęta tak mają i Rose zdecydowanie do nich należy.
A nowa płyta? Była nagrywana w dużym tempie, w minimalnym składzie, jest z jednej strony kontynuacją tego, co znaleźć można na poprzednim albumie, ale jednocześnie pokazuje trochę nowy kierunek. I to kierunek, który powinien się podobać wszystkim, którzy cenią sobie alternatywną tradycję: basowe linie niczym z pradawnych płyt The Cure, brzmienie niczym z albumów klasyków wyciszonego shoegaze'u, a do tego kilka zaraźliwie przebojowych melodii. Czego można dziś chcieć więcej od alternatywnorockowej płyty? Ale czy ten album sprawi, że o Rose głośno zrobi się także poza Stanami?
