To jest zwyczajny, nic nie znaczący zespół, który nigdy nie będzie popularny. Ale słucham go nie tylko z litości.

REKLAMA
Nie wiem, może to jakiś sentyment do nie wiem do końca czego. Może wszystko zaczęło się od zespołu Get Up Kids? To też był zwyczajny, nic nie znaczący dla większości osób słuchających muzyki zespół, który nigdy nie był popularny. Zespół, który dla obserwatorów tego, co dzieje się na scenie niezależnej, stał się w latach dziewięćdziesiątych jedną z ikon ówczesnego emo-core'a, tego któremu pomalowanych czarnym eyelinerem oczu nie zasłaniała jeszcze czarna grzywka absurdalnego medialnego wizerunku. Ten zespół nagrał kiedyś piosenkę zatytułowaną „Anne Arbour”, licealną piosenkę miłosną o pisaniu wierszy, o przepraszaniu, o tym, czy można wrócić gdzieś, gdzie zrobiło się bałagan. Piosenkę, której tytuł był grą słów, zabawą literami, jakimś zapewne ledwo co zamaskowanym sygnałem dla kogoś, kto musiał od razu wiedzieć o co chodzi, a raczej - że to chodzi właśnie o niego. O nią.
Bo Anne Arbour brzmi jak imię jakiejś dziewczyny, którą warto przepraszać nawet najbardziej lirycznymi piosenkami, żeby liczyć na jej litość, ale brzmi też jak nazwa miejscowości w stanie Michigan, Ann Arbor. Miejscowości, z której pochodzi zespół Pity Sex. A cały wywód o Get Up Kids nie jest oczywiście przypadkowy - bo muzyków Pity Sex można w jakiś sposób uznać za kontynuatorów tego, co działo się na płytach autorów piosenki „Anne Arbour”, za autorów muzyki, która klasyczne, nastoletnie, wciąż jeszcze niewinne emo z lat dziewięćdziesiątych przefiltrowuje przez dzisiejszą wrażliwość beznamiętności, mniej lub bardziej kamuflowanego cynizmu, uciekania od uczuć najdalej, jak się da, bo przecież wiadomo, od uczuć tylko wszystko boli.
Pity Sex to czworo młodych ludzi, małomiasteczkowo skromnych, prowincjonalnie bezpretensjonalnych, uroczo i naiwnie niedojrzałych. Bo kto na swoim promocyjnym zdjęciu zasłania sobie twarze bukietami kwiatów? Czy można sobie wyobrazić coś bardziej dziecinnego? Czworo młodych ludzi, którzy od dzieciństwa musieli słuchać dużo klasycznego emo-core'a, czyli muzyki z czasów, kiedy ledwo co pojawili się na świecie. Słychać to było bardzo wyraźnie na ich pierwszych, mocno kulejących, rozczarowująco nieoryginalnych, drewnianych i kwadratowych płytach, na których dopiero uczyli się muzyki.

Ale nagle, zupełnie znienacka wydali nowy album - ukazał się latem, zatytułowany jest „Feast Of Love” i ewidentnie pokazuje, że ten zespół jest dziś w zupełnie innym miejscu, że w ciągu kilku zaledwie miesięcy dokonał zaskakującego postępu, że dziś nie gra już banalnego emo-core'a, ale emo-core pomysłowy, wzięty w nawias i cudzysłów. I to się bardzo dobrze sprawdza, we wszystkich kilkudziesięciu piosenkach na tej płycie: nienachalnie przebojowych, uroczo lekkich, nie przekraczających granicy między beztroską i bezpretensjonalnością a banałem.
To nie jest oczywiście zespół w żaden sposób ważny, w żaden sposób rewolucyjny i zmieniający komukolwiek jakikolwiek fragment rzeczywistości. Ale czy to jest istotne? I czy to zawsze musi być potrzebne? Są takie dni, że ma się ochotę posłuchać po prostu czegoś bez pretensji i bez wielkich ambicji. I ten zespół znakomicie potrafi wypełnić tę potrzebę. I wcale nie trzeba go słuchać tylko z litości.