Tak, tak, kolejny nudziarz z akustyczną gitarą. Tak, tak, kolejna piosenka z tekstem balansującym gdzieś między banałem a dotknięciem najważniejszych spraw. Tak, tak, kolejna taka sama historia. I co z tego, że to kolejny raz. Znowu dałem się zauroczyć. .

REKLAMA
Nie wiem, co dokładnie jest w tej piosence, w tym artyście, może w tym teledysku. Ale coś jest, coś nie pozwala mi się od tego oderwać, co każe wpisać to nazwisko na moją prywatną, dłuższą każdego miesiąca, listę kompletnie nieznanych poza własnym garażem artystów, których piosenki poruszają jakieś najgłębiej ukryte pokłady moich emocji. Dopisać nietypowe nazwisko Rateliffa, zaraz pod Franzem Nicolayem, Tylerem Butlerem czy Christophem Paulem Stellingiem.

Ta historia zaczyna się mniej więcej trzy dekady temu, kiedy Rateliff przychodzi na świat - gdzieś na kompletnym amerykańskim pustkowiu w Missouri, idealnej scenografii dla piosenek, które zacznie pisać kilkanaście lat później. Bardzo szybko uczy się grać, najpierw na perkusji, potem na gitarze, potem okazuje się na dodatek, że ma zupełnie niezwykły głos i spory talent do pisania piosenek. Jako osiemnastolatek artysta przenosi się do Denver w Colorado, gdzie pisanie, nagrywanie i wykonywanie na żywo piosenek zaczyna traktować poważnie. Następne lata to dla niego zakładanie kolejnych zespołów, granie niezliczonych koncertów, najczęściej w maleńkich klubach, w ciemnych pomieszczeniach na zapleczu, w pachnących stęchlizną piwnicach. To próby wybicia się i dania się poznać większej ilości słuchaczy.
Było w tym czasie kilka momentów, które mogły się skończyć sukcesem - choćby trasa z zespołem Born In The Flood u boku grupy Kings Of Leon, choćby pierwsze miejsce na opublikowanej na stronie największego sklepu internetowego świata, amazon.com, liście „ważnych albumów, które mogłeś przeoczyć w 2010 roku”, choćby występy w popularnych programach telewizyjnych. Ale tak naprawdę nic z tego nie wyniknęło. Tak naprawdę Rateliff wciąż pozostaje zupełnie nieznanym wokalistą o niezwykłym głosie, którego znają tylko nieliczni. Ale ci, którzy go raz słyszeli z trudem mogą o nim zapomnieć.
Może teraz coś się zmieni. Właśnie ukazała się druga oficjalna długogrająca płyta artysty, sygnowana jego nazwiskiem. To album zatytułowany „Falling Faster Than You Can Run”, ozdobiony absolutnie zachwycającą okładką: pięknym, sterylnym, choć jednocześnie pełnym niejasności i zagadek, a przez to nieco niepokojącym, zdjęciem pary w śnieżnobiałej pościeli. Album wypełniony pięknymi, surowymi piosenkami - folkowymi balladami, przez które czasem prześwituje ślad soulowych inspiracji. To album, na którym znaleźć można sporo mocnych, ważnych słów. Czy tym razem Ratecliffowi uda się wyjść poza zaklęty krąg swoich dotychczasowych wielbicieli i zdobyć większą publiczność? Znów wyrusza na trasę koncertową z zespołem, który zapewnić mu może ogromną ilość widzów - wchodzącą wielką gwiazdą amerykańskiej sceny indie-folkowej - formacją The Lumineers. Czy to pomoże? Czy to się uda? Dziś jeszcze nie wiadomo, wiadomo, że na tej płycie znalazło się kilkanaście piosenek, których nie warto przegapić. Takich jak choćby ta - z piękną melodią, poruszającym tekstem o tym, że „zawsze, niezależnie od wieku, jesteśmy dziećmi” i o tym, że tak łatwo nas zranić. Tak blisko banału, a jednocześnie - tak prawdziwie.