Ta artystka to żywa legenda amerykańskiej sceny alternatywnej, a dokładniej - tej jej części, która w Europie wciąż jest mało znana. A zdecydowanie warto ją poznać.

REKLAMA
The Julie Ruin, projekt, który wcześniej nazywał się po prostu Julie Ruin, to dziś zespół z prawdziwego zdarzenia, ze stałym, kilkuosobowym składem, z wydaną właśnie debiutancką płytą długogrającą (albumem zatytułowanym „Run Fast”) i rozpoczętą zaraz po jego premierze amerykańską trasą koncertową. To w dużej mierze kobieca formacja, która działa w Nowym Jorku, a salę prób ma w jednej z najmodniejszych dziś brooklyńskich dzielnic, dawnym mateczniku tamtejszej Polonii, na Greenpoincie (który zresztą posłużył jako znakomita naturalna scenografia do teledysku ilustrującego piosenkę „Party City”). To jednocześnie swego rodzaju supergrupa - część artystek, które znalazły się w jej składzie, ma bardzo bogaty i chwalebny dorobek. Najdłużej aktywne na muzycznej scenie są Kathi Wilcox oraz założycielka i liderka The Julie Ruin, Kathleen Hanna. Obie w latach 90-tych grały w zespole Bikini Kill. Zespole-legendzie, zespole kultowym, kanonicznym, niezwykle ważnym. Zespole, który uruchomił wiele procesów, bez których dzisiejsza scena muzyczna nie była tym czym jest - przede wszystkim dlatego, że nie byłoby na niej tylu grających w zespołach kobiet.

To były czasy, kiedy muzyka rockowa - niezależnie od tego, czy chodziło o siarczysty metal, wyrafinowany rock z solówkami czy spocony, wściekły punk - była niemal wyłączną domeną mężczyzn. A wyjątki, takie jak formacje pokroju The Runaways stanowiły tylko i wyłącznie ciekawostkę, której nikt nie brał poważnie. Do czasu. Do czasu kiedy kilka wściekłych na tę sytuację dziewczyn stanęło na scenie i tupnęło mocno nogą. A potem zaczęły robić dziki hałas na swoich gitarach. Bo o to mniej więcej chodziło w zespole Bikini Kill - punkowo-feministycznym kolektywie, którego członkinie nie miały ambicji naprawy całego świata, ale poprawienia chociaż małej jego części. I to zadziałało: zachęcanie dziewczyn do zakładania zespołów błyskawicznie przyniosło efekty - do dziś niezliczone artystki, grające w najróżniejszych zespołach, powołują się na Bikini Kill jako największą inspirację do tego, żeby wziąć do ręki gitarę czy pałeczki do perkusji.
Kiedy czas tego zespołu minął, Hanna stanęła na czele kolejnej muzyczno-obyczajowej rewolucji. Tym razem na sztandarach miała ona wypisaną nazwę Le Tigre. To kolejny kobiecy zespół, który w swoich tekstach nie zostawiał najmniejszych wątpliwości, co jego członkinie myślą o patriarchalnym porządku świata. Tym razem była jednak spora różnica - grupa Le Tigre grała muzykę o wiele bardziej przystępną od tego, co prezentowało Bikini Kill. To jeden z pierwszych zespołów, który połączył punkową energię z elektronicznymi brzmieniami i klubowymi rytmami, dając początek nowemu gatunkowi - przeżywającemu okres bardzo dużej popularności w pierwszych latach nowego wieku. Dostarczyć do świątyń bezmyślnego hedonizmu, którymi przecież są kluby, do których przychodzi się tańczyć, bezkompromisowo radykalny, feministyczny przekaz - to jak jakby wrzucić granat w tort na jakimś gigantycznym urodzinowym party.
Po tym, kiedy historia tego zespołu dobiegła końca, Hanna na kilka lat zniknęła z pola widzenia dziennikarzy muzycznych i fanów jej twórczości. Z jednej strony poświęciła ten czas swojej rodzinie - prywatnie jest żoną jeszcze słynniejszego niż ona sama muzyka, Adama Horowitza, znanego jako Ad-Rock, członka zespołu Beastie Boys. Z drugiej - życie zmusiło ją do podjęcia jeszcze jednej walki, tym razem o wiele bardziej osobistej i kto wie czy w wielu aspektach nie trudniejszej niż walka z wszechobecnym seksizmem. Chodziło o boreliozę, z którą artystka boryka się od lat i stała się jedną z najaktywniejszych rzeczniczek wcale nie małego środowiska ludzi dotkniętych tą uciążliwą chorobą.
Ku uciesze wszystkich wielbicieli jej talentu i jej niezwykle charakterystycznego głosu, artystka właśnie powróciła, a jej najnowsza płyta pokazuje, że nadal jest w znakomitej formie.
I jeszcze tylko jedna legenda - to ponoć właśnie Hanna napisała kiedyś na ścianie chłopaka, w którego mieszkaniu spała wraz z resztą Bikini Kill po jakimś koncercie w Seattle: „Kurt Smells Like Teen Spirit”. Chłopak nazywał się Cobain i niedługo potem podkradł kilka słów z napisu starszej koleżanki jako tytuł jednej z piosenek dla swojego zespołu. Czy to ciągle za mało powodów, żeby zainteresować się twórczością tej artystki?